Oglądasz wypowiedzi wyszukane dla frazy: dzem zyciu piekne sa tylko chwile
Wiadomość
  Byli tez ciemnoocy o ochryplych glosach...
Witam wszystkich.
To mój pierwszy wpis na forum. Zapisałem się, żeby móc dzielić się tym co piszę i znaleźć też osoby nadające na tych samych wibracjach co ja (albo przynajmniej nie zakłócających się )
Tekst, który tutaj zamieszczam, napisałem zainspirowany tygodniem jaki spędziłemw marcu w Granadzie i jako entuzjastyczny hiszpanofil mam nadzieje, że zarażę was choć trochę uczuciem jakie mam dla Hiszpanii.

Here it goes:

BYLI TEŻ CIEMNOOCY
O OCHRYPŁYCH GŁOSACH…

Zapiski z siedmiu dni łowienia snów
na uliczkach Granady

Spis treści

1. W maszynie czasu i parę słów o uldze.
2. Szalone sny, chmury i stewardessy.
3. Pierwsze wrażenia – palacze, autobus i deszczowa kołysanka.
4. Wreszcie Granada!
5. Finansowe rozterki spłukane kawą z mlekiem.
6. Śniadanie w Albayzin i trochę historii (oraz kłótnia kochanków).
7. Oda do Hiszpanów na Placu Św. Anny.
8. Stary znajomy.
9. Śniadanie z książką, andaluzyjska Wenus i Wielki Pepe.
10. Co ma wspólnego kosmiczny kac i Eduardo Bask?
11. Kiepski obiad i złowieszcza kelnerka w arabskiej karczmie.
12. Trochę melancholii i refleksji po Alhambrze.
13. Prawdziwy smak flamenco.
14. Patatas, śliczna kelnerka i jeszcze więcej melancholii pod nocną katedrą, gdzie całowali się cyrkowcy.
15. Tak, byłem w Sacromonte i piłem wino w Mirador de San Nicolas, spoglądając na złotą Alhambrę.
16. Pożegnanie z Miastem Jastrzębi, a później plaża i wyjaśnienie filozofii urlopu.
17. Kto boi się piątku trzynastego? Ogólnie o Hiszpanii i Domu.

1
W maszynie czasu i parę słów o uldze.

Z trudnością oderwałem się od bollywoodzkich tańców. Aiśvarya Rai potrafi człowieka tak oszołomić, że uwolnienie się od jej kołyszących się bioder i kuszących gestów jest zadaniem prawie nie do wykonania. W końcu jednak udało mi się przełamać zaklęcie i zszedłem na ziemię do brązowych oczu i słodkiego głosu mojej dziewczyny z krwi i kości, a stamtąd już prosto do pakowania plecaka, czekającego na wyprawę, którą planowałem zacząć następnego dnia wcześnie rano. O szóstej miałem samolot do Malagi, gdzie chciałem wsiąść w autobus do Granady.
Boże, jaka to była ulga móc się wreszcie wyrwać z szarej codzienności, zobowiązań i 45 godzinnego tygodnia pracy, i choć na kilka dni zanurzyć się w niewiedzy co do kolejnego dnia i ekscytacji w oczekiwaniu na jego niespodzianki. Dlatego też moje planowanie ograniczyło się tylko do kupna biletu na trasie Bristol-Malaga-Bristol. Co miało dziać się pomiędzy, zostawiłem w rękach Opatrzności.

Już raz odwiedziłem Granadę. Było to z pięć lat temu. Na kilka miesięcy utknęliśmy z Tulasi w moim domu rodzinnym na wsi i po zimie spędzonej w mojej małej R….., naprawdę chciałem wyrwać się na świat. Tulasi ciągle miała jeszcze dosyć po zeszłorocznej wyprawie do Holandii i Francji, tak więc nie mogłem ciągnąć jej ze sobą, ale na szczęście zrozumiała, że tego potrzebuję i dała mi zielone światło. Gdzieś w marcu spakowałem więc plecak i ze stówą (złotych) w kieszeni postanowiłem ruszyć w Europę, szukając mistyki i przygód. Wyprawę tą opisałem ze szczegółami w „Przygodach ulicznego grajka”.

Jak pamiętam Granadę z tamtej podróży? Przede wszystkim, kiedy wtedy dotarłem do Granady, miałem już kompletnego doła. Czułem się samotny i smutny, szczególnie po tym jak obiła mnie i obrabowała banda marokańskich gówniarzy. Granie na ulicy szło mi kiepsko i prawdę mówiąc całkowicie się rozmazgaiłem. Zamiast oddychać atmosferą Andaluzji, chłonąć wzrokiem pachnące starożytnością budowle Alhambry i smakować bohemskie fiesty z ulicznymi artystami, marzyłem już tylko o swojej dziewczynie, kominku i ciepłym łóżku. Zdałem sobie wtedy sprawę, że nie jestem tym twardym i filozoficznym podróżnikiem, jakim chciałbym być, ale po prostu zwykłym, zestresowanym życiem chłopakiem, który marzy o przygodach, bo naczytał się za dużo książek. Niestety, kiedy zdałem sobie z tego sprawę, nie miałem ani grosza, oznaczało to więc, że czy tego chcę, czy nie, utknąłem dosyć spory kawałek od mojego wymarzonego azylu, gdzie czekała na mnie wytrenowana w pierwszej pomocy (sercowej) ratowniczka.

Jak skorzystałem z czasu, jaki tam spędziłem? Po pierwsze w ogóle nie odwiedziłem Alhambry. Wejście kosztowało tylko 10 Euro, ale w jakiś sposób w tym codziennym zmaganiu o przetrwanie nie udało mi się wygospodarować ani czasu, ani kasy. Oglądałem ją tylko codziennie z jaskini na Sacromonte, gdzie przez kilka dni znajdował się mój dom. Muszę przyznać, że wieczorem, przy ognisku i gwieździstym niebie, ten błyszczący klejnot arabskiej Hiszpanii rozbudzał wyobraźnię i tęsknotę za piękną cywilizacją, która odeszła w zapomnienie kilkaset lat wcześniej.
Wspominając Granadę, pamiętam stare, ciasne uliczki i mnóstwo ulicznych mimów, grajków, Rumunów kaleczących akordeon (lub z rzadka pokazujących akordeonowe mistrzostwo) i Cyganek „rozdających” gałązki jakiegoś, ponoć szczęśliwego krzaka. Biada turystom, którzy uwiedzeni chytrym uśmiechem śniadych, kolorowych kobiet, wzięli do ręki rzekomy prezent. Nachalne Cyganki nie popuściły, dopóki nie wydoiły z ofiary przynajmniej kilku euro. Z kolei ich mężowie przechadzali się po ulicy z małymi taboretami, wyławiając z tłumu tłustych amerykańskich, angielskich lub niemieckich turystów i proponując im czyszczenie butów. Czyszczenie trwało 30 sekund, po których uniżoność zamieniała się w nachalną wrogość. Nie było szans, żeby ktoś wykpił się sumą mniejszą niż 5 Euro. Przyznam się, że miałem czasami ubaw, widząc z jaką dumą ci bogaci przedstawiciele pierwszego świata rozglądali się dookoła, kiedy cygański pucybut szorował ich buty i z jakim zaskoczeniem i przestrachem reagowali na zdecydowane żądanie pieniędzy ze strony swoich chwilowych „służących”.

Pamiętam pewnego faceta, zdaje się niemieckiego turystę, myślę, że około pięćdziesiątki. Grałem właśnie jakiś kawałek Boba Marleya, kiedy zobaczyłem, że wypadła mu z kieszeni paczka Cameli. W pierwszym odruchu miłości do całego świata podniosłem fajki i zacząłem wołać za nim w różnych językach, próbując zwrócić na siebie jego uwagę. Usłyszał mnie już za pierwszym razem, ale przypuszczając, że chcę od niego coś wyżebrać, kompletnie mnie zignorował. Nie zrażony położyłem akordeon na ziemi, podbiegłem do niego i dotknąłem jego ramienia. Facet podskoczył jak oparzony i zaczął krzyczeć do mnie coś po niemiecku, wspierany w tym przez swoją żonę. Zagrał mi tym na nerwach. Pokazałem mu więc paczkę jego Cameli i odwróciłem się na pięcie. Czy gościu poczuł się choć trochę głupio? Wręcz przeciwnie – ze złością ruszył w moim kierunku i wyrwał mi papierosy z ręki. Mogłem tylko pokręcić z niedowierzaniem głową i wrócić do grania. Po jakiejś godzinie zobaczyłem jak dwóch Cyganów, przy akompaniamencie piskliwych wrzasków „gałązkowych” Cyganek szarpie go za ubranie, żądając zapłaty za wypastowanie butów. Było mi go nawet trochę żal.

Pamiętam też jak miejscowi ludzie starali się nie dostrzegać tych wszystkich włóczęgów, punków, hipisów i reszty kolorowej, złachmanionej menażerii, która zalała ich ulice. W sumie nie dziwię się ich niechęci. Każdy róg ulicy obstawiony był przez żebraka, albo ulicznego artystę, który mniej (jak ja) czy bardziej nachalnie domagał się wynagrodzenia za swój wysiłek.

Któregoś dnia, bardzo zmęczony i zniechęcony usiadłem gdzieś na ławce, żeby odpocząć, napić się wina i nabrać dystansu do rzeczywistości. Podszedł wtedy do mnie Pablo, pochodzący z jakiejś wioski w Galicji i poprosił o papierosa. Podzieliłem się z nim resztką tytoniu, winem i w zamian mogłem wysłuchać jego historii. Alkoholik, żonaty, dwójka dzieci, mały warsztat stolarski. Któregoś dnia znalazł swoje rzeczy na ulicy, drzwi zamknięte i żona obwieściła mu z okna, że już tam nie mieszka. Jako, że Pablo był spokojnego usposobienia, pozbierał swoje rzeczy i postanowił zacząć nowe życie po drugiej, cieplejszej stronie Hiszpanii. Skończył na ulicy.
- A jak ty zostałeś bezdomnym? – spytał mnie na koniec.
Kiedy powiedziałem mu, że nie jestem bezdomny, że mam kochającą żonę, dom, rodzinę i po prostu chciałem doświadczyć trochę przygody, Pablo nie mógł powstrzymać śmiechu. Zaczął klepać się głośno po udach, a oczy lśniły mu niedowierzaniem i gorzką wesołością.
- Przygody?! Szukasz przygody?! I jak? Znalazłeś? Jak się bawisz?! – zawołał.
Facet dotknął sedna sprawy – miałem już dosyć.
Kilka dni później, kiedy rankiem zmierzałem na drogę wylotową z Granady, w nadziei na stopa, zderzyłem się z Pablem na ulicy i powiedziałem mu, że zamierzam na jakiś czas odpocząć od przygód. Pokiwał ze zrozumieniem głową, życzył mi szczęścia w życiu i poradził poważnie, żebym nie spieprzył tego co mam, bo bardzo łatwo jest wszystko stracić. Uścisnęliśmy sobie ręce, a kiedy odchodziłem już w swoją stronę, pod wpływem impulsu zawróciłem i dałem mu 10 euro.
- Napij się za mnie Pablo i nie daj się.
Bez słowa schował dychę do kieszeni i kiwnął mi głową w przeraźliwie smutny i pogodzony z losem sposób. Myślę, że Pablo był najsmutniejszą osobą, którą tam poznałem.

Może oprócz Eda. Ed był niemieckim, czterdziestoletnim punkowcem, który od kilku już lat włóczył się po Hiszpanii. Osoba z rodzaju tych sympatycznych miśków-straceńców, których wszyscy lubią i którymi zawsze opiekuje się jakaś ładna dziewczyna, która jednak nigdy z nimi nie śpi. Facet był sympatyczny, ale nie pomogło mu to w spotkaniu ze skinheadami, kilka dni wcześniej, zanim ja go spotkałem. Spotkaliśmy się na dworcu w Maladze, czekając na autobus do Granady. Ed wyglądał jak obraz nędzy i rozpaczy. Szeroka, zaropiała rana rozdzielała jego głowę na pół, a krzywe szwy, które wyglądały, jakby sam je sobie założył, ozdabiały też jego ramię i trzy palce lewej ręki. Najgorzej wyglądała ręka. Zsiniałe, opuchnięte palce wykrzywione były w nienaturalny sposób i Ed co chwila wycierał o brudne spodnie wylewający się z nich śluz.
Po kilku dniach w Granadzie spotkałem go po raz drugi. Tym razem, ponieważ byłem już jego „starym” znajomym, Ed (zapomniałem dodać, że chłopak nigdy nie trzeźwiał) opowiedział mi historię swojego stoczenia się. Jakieś kilkanaście lat wcześniej zakochał się z wzajemnością we wspaniałej dziewczynie. Byli z sobą kilka lat, wszystko szło jak po maśle, mieli już plan, jak rozkręcić mały biznes, pobrali się i kilka miesięcy po ślubie dziewczyna dowiedziała się, że ma raka. Po dwóch tygodniach już jej nie było. Ed nigdy nie podniósł się po tym ciosie i stracił wolę życia.
Przez chwilę, kiedy mi to wszystko opowiadał, udało mi się zobaczyć go, jako tego dwudziesto-kilkuletniego, zakochanego, pełnego energii człowieka. Miałem wrażenie jakby tamten Ed próbował przebić się na zewnątrz, ze swojej smutnej celi, ale trwało to tylko kilka sekund, po których znów spoglądał na mnie bezzębny, bełkoczący i poraniony wrak.
Spotkałem go jeszcze raz, w kolejce po jedzenie, w jadłodajni dla bezdomnych. Brudny bandaż zakrywał kikuty obciętych przy samym ciele palców. Ed przywitał mnie wylewnie i biorąc w objęcia pokazał z niedowierzaniem i żalem na swoją rękę.
- Mówiłem skurwysynom, żeby nie obcinali, ale te hiszpańskie konowały nie chciały mnie słuchać!
Wyciągnąłem z kieszeni i podałem mu kawałek haszu, który ktoś wrzucił mi tego dnia do kapelusza, podczas jednego z moich ulicznych koncertów. Ed uśmiechnął się z wdzięcznością.
- Hej, a ty nie palisz? – zawołał za moimi oddalającymi się plecami.
Życie naprawdę potrafi być pogmatwane i choć ze strachem próbujemy ułożyć wszystko po naszej myśli, to ile tak naprawdę mamy kontroli nad własnym losem? Nie spotkaliśmy się już nigdy więcej. Mam nadzieję, że wreszcie udało mu się znaleźć spokój.

To kilka wspomnień z Granady, które udało mi się przywołać. Niedługo miałem zamiar położyć się do łóżka i wziąć do ręki książkę Lauriego Lee, do którego zapałałem ostatnio namiętną miłością. Wiedziałem, że z nerwów i podekscytowania najprawdopodobniej nie będę mógł zasnąć przynajmniej do północy. Później, o 3:40 czekała mnie pobudka, o 4:00 miała przyjechać taksówka, a o około 10:00 rano miałem już być w Maladze.

2
Szalone sny, chmury i stewardessy.

Jak zwykle, kiedy wybieram się w podróż wcześnie rano, obudziłem się dosłownie kilka minut przed budzikiem. Tak jak przypuszczałem, długo nie mogłem zasnąć, przewracając się z boku na bok i rozmyślając o nadchodzącym tygodniu samotnego włóczenia się po Granadzie. Pomimo tego, kiedy już zamknęły mi się oczy i dotknął mnie oddech Morfeusza, zamiast ciemnych Andaluzyjczyków spotkałem moją Tulasi, która właśnie rodziła, siedząc na fotelu w naszym mieszkaniu. Byłem zdziwiony, że robi to tutaj, w domu, bez pomocy lekarza, ale jak to bywa we śnie, zaakceptowałem to bez dyskusji. Uśmiechając się nieśmiało, poprosiła mnie, żebym się odwrócił, a po chwili podała mi zawiniętą w ręcznik, świeżo urodzoną dziewczynkę. „Pomyśl, że jeszcze przed chwilą tej małej osóbki nie było na świecie” – powiedziała ze zmęczonym uśmiechem – „a teraz, kiedy tylko jej dotkniesz, twoje serce nie uwolni się już w tym życiu.” Po tych słowach, z dziwnego snu, wyrwała mnie na jawę, coraz szybciej kręcąca się rzeczywistość.

Siedząc na lotnisku, próbowałem nie dać się porannemu otępieniu i pozbyć się wewnętrznej ciężkości, która zwykle opanowuje mnie, kiedy muszę obudzić się kilka godzin przed zwykłym dla mnie czasem.
Odprawa poszła gładko, zero kolejki i oprócz kilku angielskich chavsów, którzy żartobliwie wepchnęli się do ogonka przede mnie, żeby po chwili przy wtórze rubasznego śmiechu i żołnierskich dowcipów, pozwolić mi podejść do odprawy pierwszemu, nie było zbyt wielu osób.
Chyba z połowa pracowników lotniska; sklepikarze, urzędniczka w okienku informacji, pani w kantorze, byli Polakami.

Poranna lista:

1. Za krótko obciąłem wczoraj paznokcie i tak mnie teraz bolą opuszki palców, że ledwo co trzymam długopis.
2. Od paru dni męczy mnie swędząca wysypka.
3. Cieszę się, że odetchnę przez te parę dni od pracy z dzieciakami i od Anglii w ogóle.
4. Czy jestem melancholikiem i za bardzo skupiam się na sobie?
5. Jeszcze dziś napcham się chocolate con churros i spróbuje tego słynnego Jerezu.
6. Lubię mieszkać w małych, obskurnych i tanich hiszpańskich hotelikach, gdzie nikt mnie nie zna.
7. Jeszcze bardziej lubię szwendać się po ulicach miasta, w którym nic mnie nie wiąże, żadne znajomości, czy praca i gdy mogę bezstronnie obserwować ludzi i pić piwo w starych, ustronnych knajpkach.
8. Czytałem wczoraj „As I Walked Out One Midsummer Morning” Lauriego Lee i zżera mnie zazdrość, że nie potrafię pisać tak jak on. Przeczytałem tylko rozdziały od opuszczenia przez niego rodzinnego domu i o włóczędze ze skrzypcami po południowej Anglii, a później o rocznej tyrce na budowie w Londynie. Część hiszpańską zostawiłem sobie na podróż.
9. Biorę się za śniadanie, które moja Tulasi przygotowała dla mnie dziś rano. Żeby to zrobić wstała razem ze mną o 3:30! This is love.

* * * * * * * * *

Spoglądałem przez okno samolotu (skoro leciałem sam, to wreszcie mogłem usiąść przy oknie) myśląc, ile Laurie Lee byłby w stanie znaleźć słów, porównań i metafor na opisanie tego widoku. Czytając jego książki i próbując później opisywać rzeczywistość swoimi słowami, czuję się jak dziecko, które po wyjściu z wystawy, powiedzmy Malczewskiego, bierze się samo za rysowanie i wychodzi mu z tego ludzik; kółko jako głowa, kreska jako tułów i cztery krótsze kreski jako kończyny. Pocieszam się, że pisanie wyrabia się wraz z praktyką i pamiętam, że w przeszłości, im więcej czasu spędzałem z długopisem, tym łatwiej było mi się wyrazić i znajdywać odpowiednie słowa.

Za dwie godziny mieliśmy być już w Maladze. Póki co, jak dzieciak przykleiłem twarz do szyby i syciłem oczy przestrzenią, myśląc przy tym, że gdybyśmy roztrzaskali się gdzieś w dole (kto choć raz podczas lotu nie bawił się taką myślą?), to z pewnością pofrunąłbym z powrotem tu, na górę, żeby powywijać trochę koziołków, tym razem już bez nerwów i bez niewygodnego pancerza z plastyku i stali.
Na samym początku lotu mogłem jeszcze zahaczyć oczy o znajome kształty oszronionych, kanciastych pól, płaskich gór i niepozornych, niechlujnie porozrzucanych klocków zabudowań, ale później wznieśliśmy się już na poziom wyżej i do oglądania pozostały mi tylko abstrakcyjne, przerażające (w jakiś senny sposób) kłęby chmur.
W środku krzątały się stewardessy z włosami spiętymi tak gładko i ciasno, że wydawało się jakby skóra na ich czołach miała zaraz pęknąć. Przejęte, dumne i oficjalnie uśmiechnięte roznosiły kanapki i colę po kosmicznych cenach, czekając, aż skończy się ich podniebny dzień pracy i będą mogły oddać się wieczornej, stewardessowskiej rozrywce. Ciekawe, czy kiedykolwiek pozwalają tym włosom rozrzucić się niesfornie i pozwolić odpocząć zmaltretowanej skórze głowy? Ciekawe też, czy po całym dniu noszenia chłodnego uśmiechu są w stanie wymienić go na szczery, czy też zostaje im tak już na zawsze.
Pasażerami byli w większości Anglicy w średnim wieku, przeglądający ze szczęściem swoje przewodniki, albo rozochoceniu budowlańcy, jak ta grupka wygolonych chłopaków kilka siedzeń za mną, którzy lecieli do Hiszpanii, żeby podtrzymać tam sławę brytyjskich pijusów na urlopie. Za dwie godziny nasze drogi miały się rozejść, kiedy jedni odjadą taksówkami do swoich drogich hoteli przy plaży, a drudzy hałaśliwymi grupkami zaleją nadmorskie bary, prześcigując się w ilości wypitych piw i opowiedzianych sprośnych dowcipów, a później, rankiem marokańscy i senegalscy czyściciele ulic spłuczą z ulic plamy wymiocin, a czasami i krwi.

Dalszy ciąg porannej listy:

10. Wreszcie pojawia się radość z podróży, wypierając opary snu i angielskiej, zimowej chandry.
11. Im dalej, tym lżej.
12. Gdybym był bogaty (ale tak naprawdę bogaty), pierwsze kilka lat spędziłbym tylko na podróży, nie darowałbym żadnemu zakątkowi świata, choć pierwszeństwo i tak miałaby moja Hiszpania.
Później zrobiłbym sobie krótką przerwę.
13. Coraz bardziej jestem przekonany, że uda mi się skończyć moją książkę o Camino. Każdy większy plan, żeby go spełnić, potrzebuje medytacji, wyobraźni, obrazowania (często wyobrażam sobie jak wygląda okładka mojej książki, albo jak pachnie jej druk.)
14. O chmurach już pisałem.

3
Pierwsze wrażenia – palacze, autobus i deszczowa kołysanka.

Nie przypuszczałem, że poczuję aż taką ulgę, kiedy znajdę się w Hiszpanii. Ostatnie pół roku w Anglii, osaczony angielską sztuczną uprzejmością i odbijający się od dystansu, jaki roztaczają wokół siebie Anglicy, czułem się coraz bardziej zmęczony.
Hiszpania przywitała mnie głośnym gwarem w autobusie, w którym obcy ludzie, bez żadnych oporów zagadywali do siebie z uśmiechem. Przywitała mnie też palaczami i papierkami na ulicy, starym dziadkiem toczącym się powoli na rozklekotanym rowerze, no i dziewczynami, które nie mają wymakijażowanej urody śniętych ryb, zamiast której lśnią orzechowymi oczami, czarnymi włosami i pewnym siebie wdziękiem.

Myślałem najpierw, żeby zostać parę godzin w Maladze, ale za bardzo ciągnęło mnie do Granady, od razu więc poszedłem na dworzec autobusowy, żeby kupić bilet. Autobus odjeżdżał za dwadzieścia minut. Z przyjemnością przyjrzałem się ludziom czekającym na autobus, z których prawie każdy, pomimo widocznych tablic z zakazami, trzymał w ręce papierosa. Uff, co za ulga! Stęskniłem się za ludźmi, którzy od samych narodzin mają we krwi brak poszanowania dla biurokracji i przepisów.

Kiedy wylądowałem, niebo było bezchmurne, ale teraz zakryło się już ciężkimi, stalowymi obłokami i mocny wiatr zaczął szarpać pióropusze palm. Hiszpanie chodzili opatuleni w kurtki i płaszcze, ale dla mnie to było już lato, szczególnie po tym, jak dzień wcześniej musiałem pedałować do pracy w strugach deszczu ze śniegiem. Ciągle nie miałem planów, chyba że poza ogólnym zarysem – wjechać do Granady, zjeść syty obiad w jakiejś wegetariańskiej restauracji, następnie siąść na ławce gdzieś w centrum i tam zastanowić się co dalej. Nie chciałem ograniczać się żadnym planem. Postanowiłem mieć oczy otwarte na sytuacje i ludzi, i zobaczyć co z tego wyniknie.

* * * * * * * * *

Autostrada z Malagi ciągnie się krętymi serpentynami, pomiędzy kopulastymi, rdzawymi wzgórzami, porośniętymi kępami suchej trawy, gdzie co i rusz, z wysepek drzew i palm wynurzają się bogate wille z basenem i kilkoma samochodami na podjeździe.
Choć znajdowałem się daleko od Madrytu, to tak właśnie pamiętałem przyrodę w okolicach Guadalajary, gdzie kiedyś mieszkałem. Drzewa oliwkowe, karłowate dęby, czerwonawe skały i trawa, na której nie da się usiąść, żeby kolce i osty nie poharatały ci tyłka. Ta część Hiszpanii jest o wiele mniej żyzna i przyjazna (atmosferycznie) niż północ, gdzie Navarra, Cantabria i Galicia nabrzmiałe są ożywczą zielenią lasów i pastwisk. Andaluzja, w której leży Granada, obok Extremadury, przez wieki była najbiedniejszym regionem Hiszpanii. W XVI wieku, po wypędzeniu z Hiszpanii arabskich rolników, którzy pozostali tam po hiszpańskiej rekonkwiście, Andaluzja została bez rąk do pracy, czemu nie byli w stanie zaradzić nawet osadnicy z północnej części Królestwa. Myślę, że można spokojnie powiedzieć, że Andaluzji udało się podnieść z tej gospodarczej zapaści dopiero w drugiej połowie XX wieku, już w czasach Unii Europejskiej.

* * * * * * * * *

Rozpadało się, ale miałem przeczucie, że nie był to deszcz, który zamierzał zostać na dłużej. Wreszcie zmęczyła mnie monotonność wzgórz, których i tak łagodne krawędzie złagodziła dodatkowo mgła i w końcu ściekające po kryształowych policzkach autobusu krople deszczu, utuliły mnie do snu.

4
Wreszcie Granada!

- Paella vegetariana, ensalada mixta i vino de casa por favor! – powiedziałem w końcu do uśmiechniętej kelnerki o czarnych, kręconych włosach, po pół godzinie przeglądania obszernego, kolorowego menu w Raices, naprawdę dobrej restauracji wegetariańskiej, z wyjątkowo bogatym wyborem dań. Głód skręcał mi już kiszki i musiałem uzupełnić swoją energię i rozjaśnić deszczową Granadę czerwoną Rioją. Ensalada mixta była przepyszna. Nigdzie sałata, pomidory i oliwki nie smakują tak jak w Hiszpanii. Do tego zawsze dostaniesz kawałek świeżego chleba i naczynko z oliwą. Jest coś szczególnego w tej oliwie, którą podają tutaj i jeszcze nigdy nie udało mi się kupić ani w Polsce, ani w Anglii niczego, co miałoby jej mocny i lekko cierpkawy smak.
Paella była w porządku, chociaż nie umywała się do tej, jaką uraczył nas w czerwcu, w Villa de Mazarife Jose Antonio – cudownie uzdrowiony z raka gospodarz schroniska na Camino de Santiago (no ale to zupełnie inna historia, na zupełnie inną książkę). Myślałem, że już nic więcej w siebie nie wmuszę, ale sympatyczna, ciemnooka kelnerka namówiła mnie na jagodowy deser. Po tym wszystkim poczułem się naprawdę najedzony i lekko podchmielony, a jedyne czego mi brakowało, to odrobina tytoniu, na który postanowiłem sobie wyjątkowo, w ramach wakacji od wszystkiego pozwolić.

* * * * * * * * *

Miasto nie zmieniło się bardzo od mojej ostatniej wizyty. Wprawdzie było tutaj teraz trochę więcej sklepów i reklamy były jaskrawsze, to jednak ludzie pozostali ci sami. Kiedy pytałem w informacji turystycznej o drogę do Raices, okienko otoczyło z sześciu punkowców, którzy z trudnością wybełkotali, że potrzebują plan miasta. Kiedy ja ostatni raz widziałem jakiegoś punka? W Anglii najbardziej buntowniczy są „gothic kids”, którzy wpadają w depresję, bo rodzice nie chcą im kupić ostatniego modelu xboxa, czy laptopa. Granada natomiast, od stóp do głowy wytatuowana jest buntowniczymi graffiti, potępiającymi wojnę w Iraku, okupację Palestyny, korporacyjny porządek świata, albo można chociaż zobaczyć stare, tradycyjne „Punk’s not dead”. Choć trochę kontestacji, trochę buntu przeciwko establishmentowi, który na północy Europy jest przez ogół ludzi przyjmowany bez żadnego protestu, czy refleksji.

* * * * * * * * *

Przeszedłem tego dnia chyba z dwadzieścia kilometrów. Po posiłku w Raices dość szybko znalazłem mały hotelik, w samym centrum, za 18 Euro za noc. Stwierdziłem, że następnego dnia spróbuje poszukać czegoś tańszego i jeśli uda mi się znaleźć coś za 15, to zamelduję się tam już do końca pobytu.
W poszukiwaniu przygody przeszedłem całą Granadę wzdłuż i wszerz. Najpierw poszedłem w stronę Sacromonte, ale kiedy znalazłem się już u stóp góry, na której zboczu leżała moja stara jaskinia, zawróciłem w stronę miasta, dochodząc do wniosku, że pełen nowych sił wejdę tam jutro, przed południem. Postanowiłem trzymać się centrum i nie śpiesząc się, przeszedłem kilka kilometrów w stronę dworca autobusowego, przyglądając się z ciekawością kolorowej mieszaninie ludzi, tworzących wieczorny, miejski tłum. Około siódmej, ósmej wieczorem ulice Hiszpańskich miast są zawsze zatłoczone i głośne, bardziej nawet niż angielskie ulice w godzinach szczytu. Widziałem dużo młodzieży, która w roześmianych grupkach, w oczekiwaniu na piątkowe imprezy, mieszała się z parami trzymających się za ręce starszych ludzi, którzy przechadzając się wolnym krokiem, z lekką dezaprobatą i zazdrością obserwowali młodsze pokolenie.
Miałem nadzieję, że uda mi się natknąć na jakiś koncert, czy fiestę, ale nie mogłem wyrwać się z roli anonimowego przechodnia i żałowałem, że nie mam z sobą mojego małego akordeonu, który zwykle pomagał mi przełamać lody i wyłowić z tłumu „moich” ludzi. W końcu po jakichś dwóch, trzech godzinach spaceru, postanowiłem wrócić do hotelu i odpocząć, pogrzać się trochę, pooglądać hiszpańską telewizję.
Okazało się, że hotel nie ma ogrzewania, ale kiedy usiadłem w salonie z telewizorem, sympatyczna, starsza pani, która dała mi wcześniej klucze, przytargała mi gazowy grzejnik, a w moim pokoju położyła na łóżku dwa dodatkowe koce. Miałem wrażenie, że jestem jedynym klientem, a zważywszy na to, że było jeszcze przed sezonem, całkiem możliwe, że miałem rację.

* * * * * * * * *

Lista wieczorna:

1. Z jednej strony jestem zadowolony i czuję się tutaj jak w domu. Ludzie są żywi i prawdziwi.
2. Z drugiej strony, jak zwykle w podróży, czuję się trochę oszołomiony i samotny.
3. Wiadomości podają informacje o kolejnej ofierze „de machismo”. Kobieta została zamordowana przez swojego męża. Facet dostał 21 lat więzienia.
4. Około dziewiątej natknąłem się na ulicy na religijną procesję. Uroczyście ubrani Hiszpanie o poważnych twarzach, dostojnie nieśli krzyż z Jezusem, który wyglądał jakby prosto z „Pasji” Mela Gibsona.
5. Jutro spróbuję trochę zaoszczędzić. Dziś pękło za dużo kasy.
6. Buenas Noches.

5
Finansowe rozterki spłukane kawą z mlekiem.

Rankiem, opatulony w kilka warstw koców, po raz kolejny przebrnąłem przez wszystkie, wczorajsze wydatki. Tak, nie było mowy o pomyłce; nie wydałem wczoraj za dużo kasy. Ja po prostu zgubiłem 50 euro, które jeszcze w Maladze wyciągnąłem z bankomatu. Chciałbym powiedzieć, że się nie przejmowałem, ale trochę jednak zepsuł mi się humor. 50 euro to dwa dni jedzenia i hoteli.

Obudziłem się przed piątą i już nie mogłem zasnąć. Nie wiem, czy to z powodu głośno rozmawiającej za ścianą pary, czy też podziałało tak na mnie nowe miejsce, albo myśl o utracie pieniędzy (to tylko 50 euro!), ale nie byłem w stanie zasnąć po raz drugi. W końcu po godzinie leżenia wygrzebałem się z łóżka i starając się iść na palcach, żeby nie dotykać za bardzo lodowatej posadzki, poszedłem wziąć prysznic. Niestety nie było gorącej (ani nawet ciepłej) wody, ochlapałem się więc zimną, żeby choć trochę się odświeżyć. Kiedy wróciłem do pokoju, z nadzieją zerknąłem na chaotyczny stos moich rzeczy, leżących na drugim łóżku i postanowiłem systematycznie przegrzebać wszystkie kieszenie w spodniach, bluzach, kurtce i plecaku. Nadzieje okazały się płonne; jednak nieodwołalnie byłem w plecy o tą pięćdziesiątkę.

Za oknem było jeszcze ciemno, ale wyczuwając nadchodzący dzień, ptaki szczebiotały coraz głośniej. Słyszałem też samochody, które chyba zbierały śmieci, bo za każdym razem, kiedy cichnął ich silnik, rozlegał się głośny, blaszany hałas. Głosy rozmawiającej wcześniej pary ucichły na dobre, tak jakby obydwoje wyczuli, że porzuciłem już myśl o zaśnięciu i teraz wreszcie spokojnie mogli odpocząć i wykorzystać do oporu cały czas, jaki przysługiwał im w hotelu, czyli do dwunastej w południe. Ja planowałem zwinąć się trochę wcześniej, ale na razie wziąłem się za książkę. Laurie Lee przybył właśnie do Zamory i zaprzyjaźnił się z grupką niemieckich muzyków ulicznych. Zaplanowałem, że około dziewiątej pójdę na kawę i croissanta, a co do obiadu, to powodowany wyrzutami sumienia stwierdziłem, że w ramach oszczędności, zamiast znów pójść do restauracji, zjem gdzieś pizzę za 3 euro, albo coś podobnie taniego. Tak więc najpierw śniadanie, później znalezienie nowego hoteliku (tym razem z ciepłą wodą) i Alhambra. Wczoraj w telewizji zapowiadali jasny i słoneczny dzień, z temperaturą 22 stopnie, byłem więc nastawiony na ciepło i radość.

* * * * * * * * *

Nigdzie nie robią takiej kawy z mlekiem jak w Hiszpanii. Lattte, czy capuccino jakie podają w Anglii, nawet się do niej nie umywa. Osobiście nie przepadam za kawą, ale kiedy jestem w Hiszpanii, żłopię ją litrami.
Po tym jak pożegnałem się z miłą hospitalerą hoteliku, którego nazwy już nie pamiętam (pamiętam, że znajdował się na C/ Lucena) poszedłem na Plaza de la Trinidad, gdzie wypatrzyłem małą kawiarenkę. Zamówiłem tam dwa croissanty z masłem i dżemem, oraz aromatyczną, przepyszną cafe con leche, którą na przykład Włosi nie uważają nawet za kawę, przekładając nad nią, swój czarny, gorzki i gęsty napój, który pije się z maleńkich filiżanek.

Na złość prognozie pogody niebo, grożąc deszczem, pozostało stalowo-szare. Przerzedzone grupki wracających do domów po piątkowych imprezach młodych ludzi, pojawiały się z różnych stron, jak ciche i zmięte garście biletów dyskotekowych, które już nie kusiły żadnymi obietnicami: ci co mieli coś dostać dostali, a ci którzy spędzili noc sami, będą musieli czekać na następną szansę, pewnie jeszcze tego samego wieczoru. Pod ciężkimi od owoców gałęziami drzewka pomarańczowego stał kiosk ze świeżym pieczywem, do którego ciągnęła się nieduża kolejka starszych ludzi. Niektórzy z nich przeglądali poranne gazety, a inni rozmawiali o czymś z przejęciem, ale siedziałem za daleko, żeby wiedzieć w czym rzecz. Jedna ze starszych kobiet wyciskała drugiej pryszcza na policzku, nie przejmując się resztą towarzystwa. W Europie chyba tylko tutaj ludzie czują się na ulicy, jakby byli w swoim własnym domu.
Ulice ciągle pozostawały w miarę ciche, ale już wkrótce miały zapełnić się tłumem przechodniów, który wieczorem znowu przekształci się w podekscytowaną ludzką lawę, zalewając gorącymi falami kafejki, bary i otwarte do późnego wieczora sklepy. Wysączyłem ostatni, już zimny łyk kawy, zarzuciłem plecak na ramię i wyszedłem na chłodną i świeżą ulicę.

6
Śniadanie w Albayzin i trochę historii (oraz kłótnia kochanków).

Z kawiarenki pełnym energii krokiem ruszyłem do Sacromonte. Do końca nie byłem pewny co zrobić i kiedy wreszcie dotarłem do skrzyżowania dróg za Plaza de St. Anna, z których jedna odbijała w prawo, na Alhambrę, a druga szła prosto, zdaje się na Albayzin, zdecydowałem iść prosto. Następnie zamiast kontynuować marsz prosto pod górę, co jak się później przekonałem, zaprowadziłoby mnie w znajome strony, skręciłem w prawo, gdzie ciągnąca się lekko w górę droga, zawiodła mnie do Abadia de Sacromonte, średniowiecznego, zdaje się opuszczonego klasztoru, gdzie podobno w XVI wieku znaleziono kości trzech chrześcijańskich męczenników. Jak głosił napis po hiszpańsku, byli to: San Cecilio, San Tesifón y San Hiscio.
W trakcie mojego marszu słońce pokazało się tylko na chwilę, żeby po kilkunastu minutach schować się w oparach mgły, którą samo obudziło swoim dotknięciem. Oprócz kilku rowerzystów, ciasno opiętych jaskrawymi i profesjonalnymi rynsztunkami „prawdziwego” rowerzysty, znajdowałem się na drodze prawie całkiem sam. Miejsce nie spodobało mi się za bardzo i co chwila spoglądałem tęsknym wzrokiem na wzgórza po drugiej stronie rzeki, które podziurawione jaskiniami, rozbrzmiewały nawoływaniami i śmiechem. Postanowiłem sobie, że tamtą stronę zachowam na jutro, żeby nie oblecieć wszystkich, fajnych miejsc, jak japoński turysta, w jeden dzień i zawróciłem w stronę miasta, do którego jednak nie doszedłem, ponieważ odbiłem na skrzyżowaniu w prawo, do Albayzin, nad którym wznosi się Sacromonte, z jaskinią, która przez kilka dni była kiedyś moim domem. Albayzin zaskoczył mnie tłokiem na ulicach. Dzielnica ta jest trochę ukryta i z oddali nie wydaje się, żeby cokolwiek się tutaj działo, kiedy jednak zanurzyłem się w jej uliczki, odkryłem nagle tętniące życiem, sklepikami i ludźmi miejsce. Zagadnięta przeze mnie pani skierowała mnie do sklepu spożywczego (koniec z restauracjami!), gdzie zaopatrzyłem się w słony owczy ser, świeży chleb, avocado i karczochy w puszce.

Wreszcie słońce rozproszyło mgłę. Usiadłem na ławce, na małym placyku, ciągle w Albayzin. Przebrani i wymalowani kolorowo studenci biegali, zagadywali ludzi, krzyczeli, jednym słowem wydawali się entuzjastycznie pogrążeni w tym co robią, a czego tajemnicy nie udało mi się rozwikłać (ani też nie próbowałem). Lubię czasami patrzeć na świat w taki impresjonistyczny sposób, kiedy dopiero zrobienie kilku kroków wstecz pozwala uchwycić całość obrazu i poczuć jego atmosferę.
W końcu poczułem głód i wziąłem się za moje drugie śniadanie.

Podróżowanie samemu ma swój szczególny urok. Mógłbym tak siedzieć na tej ławce cały dzień, obserwując przechodniów i nie myśląc o tym, że muszę coś zrobić. Pełen brzuch, kilka łyków wina, słońce i bulgocząca fontanna wprowadziły mnie w senny i przyjemny letarg. Przestałem myśleć o pracy, gdzie jutro, w normalnym tygodniu musiałbym spędzić 12 godzin, jak również o różowej wysypce, która za cholerę nie chciała ze mnie zejść. Odłożyłem wszystko na przyszły tydzień, gdy znowu wrócę do deszczowej, angielskiej codzienności i wieczornych melancholii. Teraz, dziś, mogłem po prostu być i robić to, na co w danym momencie przyszła mi ochota (w granicach rozsądku oczywiście). Rozejrzałem się dookoła, wypatrując czegoś, co zatrzymałoby mnie na tym placyku dłużej, i kiedy nie wydarzyło się nic szczególnego, żadne niespodziewane spotkanie z zesłanymi przez Wszechświat przyjaciółmi (ani wrogami), pomyślałem, że pewnie za chwilę pozbieram się i wdrapię na wzgórze, które teraz niewidzialne, skryło się za ścianami budynków, gdzie będę mógł wyłożyć się na trawie i leniwie wpatrywać w leżącą w dole Granadę.

* * * * * * * * *

Nie udało mi się znaleźć mojej jaskini. Przeszedłem wzgórze wzdłuż i wszerz, ale wszystkie jaskinie po tej stronie Sacromonte wydawały mi się prawie takie same. Wreszcie rozłożyłem plecak na wzniesieniu, które miało najmniej kamieni i gruzu. Słońce zaczęło grzać tak bardzo, że musiałem rozebrać się do spodenek.
Z miejsca, w którym leżałem rozciągała się szeroka panorama, obejmująca całą Granadę, Alhambrę i bardziej w lewo monumentalne, ośnieżone szczyty Sierra Nevady.
Postanowiłem odświeżyć sobie trochę historię miasta i zatopiłem się w lekturze przewodnika, od którego co chwila odrywały mnie ochrypłe krzyki kłócącej się pary – starej, pijanej Hiszpanki i jej marokańskiego partnera, którzy jak się wydawało, zamieszkiwali jaskinię jakieś 50 metrów ode mnie.

Zanim jeszcze zjawili się tutaj Rzymianie, na miejscu Granady leżała mała iberyjska osada, którą Rzymianie przechrzcili na Illiberis, ale choć tutejsza ziemia znana była ze swojej żyzności, jej blask przyćmiony był przez ówczesną stolicę prowincji, Cordobę. W VI wieku władzę przejęli tutaj Vizygoci. (Przez chwilę zdawało się, że wrzeszcząca para, w zgodnej nienawiści zdecydowała się pójść gdzieś indziej, ale niestety wkrótce okazało się, że zeszli tylko do jaskini poniżej, gdzie inna Hiszpanka wydawała się pełnić rolę ich mediatorki). Podczas panowania Vizygotów, na południowym zboczu Alhambry rozwinęła się żydowska osada, Garnatha. Żydzi i Chrześcijanie żyli tutaj w takiej wzajemnej niechęci, że kiedy w 711 roku Muzułmanie najechali tą okolicę, Żydzi stanęli po stronie najeźdźców. Następne kilka wieków było świadkami przechodzenia miasta z rąk do rąk różnych arabskich dynastii, żeby w końcu jako ostatnie z arabskich królestw, po siedmiomiesięcznej bitwie, ulec 150 000 armii tzw. Królów Katolickich, czyli Ferdynanda i Izabeli. Po kilku wiekach, podczas okupacji przez armię Napoleona, miasto doznało sporych zniszczeń i nawet Alhambra była używana jako koszary. Następnie, w czasie wojny domowej zginęło w Granadzie około 7000 liberałów i republikanów, zamordowanych przez Franco, w tym słynny poeta Fedrico Garcia Lorca, który zginął zastrzelony przez funkcjonariuszy Guardii Civil.

Miałem ochotę jeszcze poczytać, ale zmęczony wściekłymi krzykami kłócących się sąsiadów, postanowiłem znaleźć inne miejsce i położyłem się w końcu pod starym, arabskim murem, który od wieków dzieli Sacromonte na pół. Wkrótce ciepło, szum drzew i miękkość trawy, której skrawek udało mi się niespodziewanie znaleźć, wprowadziły mnie w błogą drzemkę, a ciężki przewodnik wysunąwszy się z rozluźnionych palców, opadł cicho na ziemię.

[ Dodano: 2009-04-02, 17:59 ]
 
  Papierosy czyli Neverending story
Cytat: Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, w pewnej wiosce, żył sobie Albert - pastuszek owiec i programista. Był bezdzietny, samotny, lecz miał kilku przyjaciół. Zajmował się głównie wyprowadzaniem owiec i pisaniem w C++. Pewnego pięknego dnia, gdy słońce miało zachodzić za pagórki poczuł coś dziwnego, jakieś dawno zapomniane wspomnienie. Przypomniał sobie jak dawno temu, podczas podobnego zachodu słońca złożył pewną obietnicę której nigdy nie dotrzyamł. Wiele lat wcześniej jego nie żyjący już przyjaciel dał mu na przechowanie pewne pudełko i wymusił na nim obietnicę dostarczenia go do miasta z któego pochodził. Sęk w tym że Albert nie był właściwie pewny skąd jego przyjaciel pochodził, do tego przypomniał mu się jeszcze jeden drobiazg.
-Co ja zrobiłem z tym gratem ? -Pomyślał drapiąc się po włosach. - Czyżbym zostawil w poprzednim mieszkaniu ? Ale przecież tam zostawiłem tylko gołe ściany i dziury w podłodze. Pewnie jest u ciotki w piwnicy, przejdę się i zabiorę, to chociaż sprawdzę co było w środku. Przestał się drapać, wyjął rękę z kieszni i ruszył do domku swojej starej ciotki, która nie programowała w C, nie hodowała owiec, ale miała kozę, więc bardzo tę ciotkę lubił. Po zakończeniu obowiązków w postaci zaprowadzenia owiec do zagrody i zresetowaniu komputera poztanowił odwiedzic ów ciotkę, która mieszkała w sąsiedniej wsi. Idąc tak polną drogą kontemplując, wśród kłosów żyta i pszenicy, których falowanie przecinała purpura i ciepło zachodzącego słońca obaczył w oddali mały drewniany dom - dom jego ciotki o kojącym uszy imieniu Gryzelda.
Ciotka, która znając kunszt i finezję Alberta w hodowli owiec była przychylna młodzieńcowi. Powiedziała mu gdzie schowała owy grat, mówiąc:
-"Jest on w mojej piwnicy, ale sam będziesz musiał po niego pójść" Dając mu w tym samym momencie mały miedziany kluczyk do drzwi za schodami. Albert schował go do kieszeni poczym głośno przełknął śline.
- Glup! Skoro to piwnica to zapewne jest tam ciemno... - burknął i oddalił się w kierunku schodów za którymi znajdowały się potężne, metalowe drzwi.
- Raz Kozie Śmierć! - pomyślał przekręcając klucz w zamku. Schodząc w dół krzyknął jeszcze do Ciotki:
-Jak nie wróce za pół godziny to znaczy, że albo się dobrze bawię, albo spotkało mnie coś strasznego.
Było tak jak podejrzewał Albert, w piwnicy nie było światła. Ogromne wnętrze rozświetlał tylko skromy promień światła znajdujący się na końcu długiego korytarza zagrodzonego stertą gratów. Naszego młodego programistę ogarnął strach. I słusznie bowiem pomieszczenie, w którym się znajdował wyglądało naprawdę mrocznie.
- Nieee, nie ma co. Ja tu dłużej nie zostaje - pomyślał i rzucił sie do ucieczki. Nagle piwnice przepełnił niesamowity huk. Potężne drzwi zatrzasnęły się. Albert w pośpiechu sięgnął po klucz, który powinien znajdować się w kieszeni. Niestety klucza już tam nie było. Kieszeń była dziurawa.
-O NIE! - Krzyknął Albert - na wszelkie algorytmy, jestem zgubiony - W Piwnicy było ciemno straszno. Padł na ziemię i zaczął szukać kluczyka, który musiał leżeć w koncu na podłodze. Czołgał się więc oi szybko poruszał rękami jeżdżąc po drewnianej podłodze...
-AAAA- Krzyknał ponownie gdyż w ręke wbiła mu się nielada drzazga.
-Co teaz co teraz- mruczał pod nosem Albert. Nagle poczuł dziwne ciepło na swoim karku. Jakby ktoś sapał. Nie zdążył się odwrócić, gdy WTEM coś dziwnego dobrało mu się do dupy.
- O Jezukurwa!
Albert wyrywał się jak tylko mógł, użył całej swojej mocy, ale na próżno. Na szczęście dla niego, zemdlał, więc nie przeżył całego koszmaru. A napastnik pastwił się nad jego odbyciarą całą godzinę, po czym po paru orgazmach usnął. Dzień później Albert obudził się. Leżał spętany jakimś sznurem, a nad nim stał mężczyzna w średnim wieku, wyglądający jak wojskowy przebrany za cywila.
-Sssoojess ? - Zapytał jeszcze nie do końca przytomny, za to mocno obolały chłopak.
-Wybacz mi ten atak z zaskoczenia młody człowieku, ale było to konieczne. Musieliśmy wprowadzić do twojego organizmu kilka nanomechanizmów, a ten sposób był najprostszy.
-A nie można było jakoś delikatniej ?
-Można, musiał byś łyknąć kilka pigułek, ale są strasznie gorzkie, a wszyscy moi podkomendni wolą tą metodę. Czyżby tobie się nie podobała ?
-Rozwiąż mnie, żebym mógł przegryźć ci gardło. - Powiedział lekko zirytowany programista. -Jeżeli zaraz nie rozładuję narastającej we mnie wściekłości chyba zwariuję.
-Nie denerwuj się młody człowieku, kiedy dowiesz się czemu tak postąpiliśmy na pewno się uspokoisz, a nawet pewnie będziesz duzny z tego że to ciebie wybrano.
-No to weź pan powiedz do czego jestem wam aż tak bardzo potrzebny że musieliście mi z tyłka zrobić autostradę ?
-Widzisz chłopcze, powiedział -Ten drobiazg, którego szukasz jest barzdzo ważnym artefaktem, posiada on wielką moc, tylko człowiek o czystym sercu i z paczką czipsów może dostarczyć artefakt do miasta, a następnie go użyć przeciwko złemu...
-Co jest złe? zapytał chłopak, z trudem wstając z ziemi.
-Dowiesz sie w swoim czasie, a teraz idź i podnieś artefakt - mówiąc to pokazał palcem na błyszczący żółty snob śwatła wydobywający się spod starej ścierki.
Chłopak z ciekawością podniósł ścierkę - to co tak błyszczało to były płatki goldflakes(???).
-To ma być to? spytał z dziwną miną.
-Nie do ch...a wacława- to moje śnadanie, to czego szukasz leży obok!!!!
Kątem oka tuz obok płatków goldflakes, zobaczył ów przedmiot, który przyćmiły swoim blaskiem midowe płatki był to podłużny kontener, zawierający w sobie jakiś fioletowy płyn.
-Co to ma być?
-To jest coś, czego państwa ościenne szukały przez ostatnich kilkanaście lat, inwigilując wszystkich i wszystko. Twój przyjaciel był agentem WTKSPLC-931/3, który miał za zadanie dostarczyć to w bezpieczne miejsce. Wiedząc, że drogi niewątpliwie są obstawione, postanowił ci to powierzyć.
-Ale co to jest?
-Nasi naukowcy głowili się nad tym przez wiele lat. Ma właściwości wielu znanych nam dzisiaj trucizn, ale człowiek od nich nie umiera, lecz - właśnie odwrotnie - poprzez pozorną śmierć, trwającą 4 tygodnie, człowiek przestaje się starzeć.
-Ale CO TO JEST!?
-Jest to preparat TX-395 o kryptonimie NALEWKA ŚLIWKOWA.
-Hmm... to może wyjaśniać, czemu ciocia wygląda wciąż tak samo...
-Zostałeś wybrany, ponieważ tylko twój umysł zdoła wytrzymać modyfikacje, jakie wprowadziliśmy do twojego nanochipu. Chip wzmocni twoją zdolność postrzegania, ulepszy pamięć, a ponadto wzmocni potencję.
-Ale dlaczego ja?
-Taki nadmiar potencji zniszczył już niejednego. Ty, jako zaprawiony do nudy i pomysłów rozsadzających głowę (ciężko jest programować mając owce do pilnowania), nie użyjesz źle tej mocy.
-... No dobrze. Co mam zrobić?
-Masz zadanie. Musisz zabezpieczyć kontener, wyjechać z miasta i przetransportować to d-AKH!!?
Rozmowę przerwał umięśniony koleś, duszący generała sznurkiem do bielizny. Generał wyrwał się i krzyknął:
-UCIEKAJ! RATUJ TX!
Albert porwał wypełniony tajeniczym płynem pojemnik i w tej samej chwili, wykorzystując ugięcie kolan, rzucił się w kiedunku drzwi. Nie wiedział co zamierza - dostrzec w biegu kluczyk, staranować je, czy skryć się w ciemnościach licząc na nieuwagę zajętego duszeniem mordercy. Po dwóch krokach ujrzał światło zasobą i własny cień na pancernych drzwiach. Przyzwyczajone do ciemności oczy przestawiły się nagle na dzienny tryb pracy. Odruchowo wytężył wzrok, ale pomieszało to do reszty doznania i padł jak długi na ziemię, potknąwsz się na stercie gazet. Połyskujący pojemnik potoczył sie w stronę wyjścia.
W tej samej cgwili niesamowita gra świateł i cieni wypełniła pomieszczenie - przeleciała nad nim jaskrawa kula, która minęła go i ze świstem uderzyła w drzwi, wyłamując je z zawiasów i wyrzucajć w stronę schodów. - O Ja cie kurde Dobre... -zakrzyknął Albert - Szybko pochwycił butelke i wybiegł przez dziurę, która jeszcze przed kilkoma nanosekundami byla drzwiami, na zewnątrz zobaczył, jeszcze 2 takich osilków jak ten który dusił generała - "Co robic, co robić??" - Myślał nasz młody bohater. W tej samej sekundzie kątem oka zobaczył kij od szczotki której jego ciotka uzywała do zabijania szczurów biegających po jej domu w co drugą parzysta niedziele miesiąca nieparzystego. Wiedział co miał z nią zrobić, chwycił ją w rękę iUsłyszał zgrzyt. Kij od szczotki okazał się dźwignią. Albert jeszcze wprawdzie nie wiedział co uruchomił ale był dobrej myśli. Pomiędzy jego nogami pojawiła się świetlista szczelina. "Fajne!" pomyślał po czym plasknął na glebę odrzucony siłą otwierającej się klapy. Osiłkowie stali jak zaczarowani spoglądając w stronę wynurzającego się na hydraulicznym podnośniku Megazorda™. Kiedy Albert jednym megasusem zasiadł za jego sterami zdołali jedynie krzyknąć "OżeszQ!" bo potem ogromna mechaniczna noga zrobiła z nich dżem hemoglobinowy.
- Ueh! Uehu! Huhuhuh! Hahah! Jestem, jestem niepokonany! - wykrzynął
Albert miał racje. Jak się okazało nanomechanizmy wprowadzone do jego ciała dwały mu niesłychaną moc. W połączeniu z megazordem™ praktycznie nie miał sobie równych.
- Hmmm, dostarczenie tej śmierdzącej cieczy może poczekać, teraz mam inne rzeczy na głowie! - pomyślał młody megapasterz i udał się w kierunku najbliższej metropoli "Bloonohmod city". Podróż zajęła mu tylko 30 sekund. Już po tym krótkim czasie mogł cieszyć się wspaniałościami Bloonohmod City. Nagle jedank usłyszał donośny ale powolny głos w swej głowie:
- Albeercie! Albeercie. Czy tą ścieeżką chceesz krooczyć? Czyy wystaarcza cii płyciznaa?
-Kto to?! Co to?! UCISZ SIĘ GŁUPCZE ALBO ZNAJDĘ CIE I ZETRE NA PROCH!!!!
- Twooja mooc przeesłoniłaa ci praawdziwe waartości? Spodziewałem się, że jedyynie paasterz-proogramistaa maaa na tiiile silnyy umyysł by oprzeeć się złuuu...
- MILCZ! NIE JESTEM ZŁY! TY POPROSTU ZAZDROŚCISZ MI! Tak w ogóle to przecież nie zrobiłem jeszcze nic złego...
- Zgaadza się. Alee nie zrobiłeś także nic dobreego. A już myyślami uuciekaasz do uuciech dooczesnych, zamiaast zająć sięę misjąą
- A co ty mi będziesz kazania prawił?! Kim ty w ogóle jesteś?! Ech... Co ty możesz wiedzieć o nas biednych pasterzach-programistach? Nigdy nie miałem dziewczyny! A teraz mam na to szanse więc STFU!
- Too twooje życie. Niee mogę niic zrobić. Wieec tylko, żee twoją ideealną mooc doopełniaa ten megazord™. Gdyy ci go zaabraknie będzieesz równieeż silnny, ale beez odpowieednich treningóów nie dasz raady pookonać wrooga!
- STFU!
Po tej krótkiej wymianie zdań tajemniczy głos przestał nękać Alberta. Ten zaś zatopił się w rozkoszach Bloonohmod City. Wszyscy ze strachem patrzyli na wielkiego Megazorda. Albert zaczął myśleć o tym co może zrobić ze swoją ogromą mocą. Zniszczy Bloonohmod city i tym samym ostrzeże państwa iż jest niepokonany. Wtedy dadzą mu to co tylko zapragnie.
Jak pomyślął tak uczynił. Ślepy na cierpienia ludzi zaczął niszczyć miasto.
W końcu zaczęło być "gorąco". Na niebie pokazały się helikoptery które ostrzeliwały Megazorda. Ten jednym ruchem zniszczył wszystkie nadlatujące maszyny. Niszczył wszystko.
-Poooożałuuuujesz tegooo Albeeercie!- odezwał się głos w jego głowie.
-Niby czemu? A zresztą zamkinij się.
-Czytaaaam w twooooich myślaaach i wieem że zapragnałeś rządzić światem. Jednak jeśli TX-395 wpadnie w nieeepooowołane ręce nigdy już naaawet nic nieee zaaaprogramuujesz
Zatrzymał megazorda. Teraz nie miał w głowie programowanie lecz gdy usłyszał o TX-395 zaczął się przez chwile zastanawiać.
-O co ci chodzi?! Ten płyn może poczekać! Z resztą co może dać człowiekowi to że nie bedzie się starzał? Nieśmiertelny nie będzie.
-Muusisz zdooobyć TX-395. Muusisz...
Nagle aAlbert poczuł iż coć w niego walnęło. Zauważył też olbrzymie wgniecenie w pancerzu Megazorda. Zdziwiony mocą tego uderzenia odwrócił się by zobaczyć kto go tak rąbnął. Zobaczył wyrwę w powietrzu. Bardzo tym zdziwiony, zszedł z fotela i podszedł do dziury. Nagle Megazordem coś targnęło, a Albert wyleciał przez dziurę, leciał 20 metrów do ziemi i... obudził się. Leżał w piwnicy z tyłkiem okropnie bolącym, buteleczką TX-395 pod ręką i twarzą w podłodze. Wstał, trzęsąc się. Generał już nie żył - napastnika nigdzie nie było. Wyrwa w drzwiach sugerowała, że to wszystko zdarzyło się naprawdę... ale może nie do końca? Wyszedł z piwnicy i ujrzał przerażający widok. Megazord leżał powalony i rozwleczony na części, a w koło z cicha trzaskały płomienie. Zobaczył kartkę przyczepioną do drzwi. Zerwał ją i zaczął czytać: "W pierwszy dzień po wszczepieniu nanochipa mogą występować halucynacje. Musisz we własnym zakresie stwierdzić, co jest rzeczywistością, a co wytworem umysłu". Zatrząsł się.
- To dlatego miotła tak nagle zmieniła się w dźwignie... a może ja dalej leżę w piwnicy? Trzeba to sprawdzić. Albert zaczął szukać powidły śliwkowej. "Jeżeli to prawdziwa piwnica to gdzieś tu być musi". Przeleciał po półkach: "Kiszone, kiszone, kiszone, oczy, kiszone, kiszone, o jest!" - znalazł słoik ze śliwkową mazią. Odkręcił wieczko aby sprawdzić czy to mimo wszystko nie przewidzenie, wziął trochę na palec i wetknął do ust. "Kwaśne, ale w tłoku ujdzie."
Gdy Albert znalazł to co chciał, wyszedł z piwnicy mając mętlik w głowie, jego ciotki nie było w domu, nie było nikogo, megazorda pokrywała trawa i mech. Wtem do głowy jak piorun wpadła mu przerażająca wizja - wszystkie jego owce zostały wybite co do do ostatniej żyjącej owcy. Adrenalina zaczęła działać- serce waliło jak oszalałe, ze strachu nie mógł oddychać - pobiegł na swoją farmę.
Gdy dobiegł zobaczył to czego nie spodziewał się w najgorszych snach - szczątki owiec porozrzucane były na całym podwórku, co poniektóre były ponabijane na pal, a ogółem wyglądało to jak niezły burdel. Wbiegł do domu i ujrzał, że ukradziono mu jego jedyny komputer- Atari...
-NIEEEEEEEEEEEEEEEEEEE! Zemszczę się zaczął krzyczeć w metafizycznej agonii Nie dość, że moje kochane owieczki to jeszcze komputer....
W tem w jego głowie znowu odezwał się głos:
- Twooje seerce złoością jeeest przeepełnione, jeednak zwaaż na to, żee jeeszczee niee wszystkoo straacone...
- Jak to?! To znowu ty?! Myślałem, że to tylko halucynacja... chociaż rzeczywiście... Jak wytłumaczyć zniszczonego megazorda? A co tam! Co ja się będę przejmował ktoś zniszczyłcały mój dobytek!
- Naastępstwoo to reealnee teegoo coo byyło nieedopuszczaalne. Siiłyy twee w praawdzie juuż osłaabionee, leecz mooże teraz odwróócisz się naa doobrą stronee?
- A więc to tak draniu! Niedaruje ci tego! To zrobiłes ty, by dał się tobie zmanipulować? Myślisz, że jestem głupi? Może nie mam już megazorda, ale jestem na tyle potężny by cie znaleść i skopać ci tyłek! Ha!
- Roozuum twóój bruudnyy jaak z szaambaa wooda. Mooże zaamiast krzyyyczeeć na mnie poszuukasz praawdziweeego luudzkoości wrooga? Naa niic w tyym przyypaadku mojee gaadanie, staaanie sięę i taak to co się staanie. Ostaaatnia maa raada, najpieerw spełnij woolee sąsiaaadaa.
- Heh, na rymowanie się pajacowi zebrało... Mam swój rozum i nie będę się słuchał jakiś głupich halucynacji...
Tak więc Albert zaczoł się zastanawiać co dalej ma ze sobą uczynić. Stracił wszystko czego dorobił się przez całe swoje życie. Po długich rozmysłaniach postanowił jednak najpierw zająć się sprawą TX-395.zebrało mu się na wymioty. Z trudem udało mu się wstać i znaleźć jakieś wiadro. Wymiotował długo i obficie, gdy skończył zauważył że w wiadrze coś płyta, jakaś kapsułka, albo pojemniczek. Jako że nie przypominał sobie żeby łykał jakieś metalicznie polyskujące pojemniczki postanowił przemóc obrzydzenie i wyłowić to coś. Po wyciągnięciu okazało się to być sporą, matalową kapsułką przypominającą nieco pomniejszone pudełeczko z kinder jajka. Jako że nie bardzo wiedział co innego mógł by zrobić otworzył ją. W środku był list:
Otrzymał pan tę wiadomość ponieważ jest pan osobą niezwykłą. Potencjał pański jest marnowany a talenty niewykorzystywane. Jeżeli chce się pan dowiedzieć jak można prawdziwie je eksploatować proponuję panu wstąpienie do "Obrządku Czarnej Litery". Może się pan zgołosić i dowiedzieć czego od pana wymagamy na miejscu.
Adres : Ul. Mrocznych stowarzyszeń 16. Budynek łatwo znaleźć, to wysoka, czarna wieża którą widzieć mogą jedynie wybrani.

*W każdy piątek darmowy szwedzki stół, a codziennie o 17 herbatka dla członków*

-I co mam teraz zrobić ? -Zaczął się zastanawiać nasz bohater. Spojrzał na TX-395. Zdawało się że cały świat zwariował. Jak zniszczopno Megazorda? Co się stało z tymi co chcieli ukraść TX-395 i najważniejsze- czemu nie ukradli TX-395? "Dziwne, bardzo dziwne"- pomyślał.
A jeśli wszystko po wczepieniu mu w tyłek nadajnika to halucynacje? Zapragnął nagle szczerze wyjąć to "coś" ze swojego ciała lecz wolał nie ryzykować.
Po chwili wziął TX-395 i zaczął myśleć.
-A gdy by tak zniszczyć to- pomyślał- wtedy byłoby mniej kłopotu.
Z drugiej strony popatrzył na list. Nie chciał za bardzo tam iść ale może coś tam mu poradzą na halucynacje...
Wziął TX-395 iiestety pojemnik wyleciał mu z roztrzęsionej dłoni i z głośnym brzękiem uderzył o posadzkę. Zszokowany Albert patrzył jak TX-395 rozpływa się po podłodze we wszystkich kierunkach. Innymi słowy - TX-395 was no more. "No to teraz mam przeje****." Jedyne miejsce, do którego wiedział jak trafic to Ul. Mrocznych stowarzyszeń 16, nieopodal wsi jego wuja, który niegdyś był dzielnym wojownikiem - pomyślał, że wpadnie tam na chwilke, bo w sumie miał po drodze...poszedł, a gdy dotarł ujrzał budowlę której nigdy przedtem nie widział. Uznał że musi być na miejscu skoro to miał być budynek widziany tylko przez wybrańców, a on był tutaj dwa tygodnie wcześniej i wieża nie rzuciła mu się w oczy. Przy wejściu stał wysoki, brodaty mężczyzna odziany w brązową, prostą szatę. Gdy tylko ujrzał Alberta odezwał się:
-Widzę że przybyłeś, z przyjemnością powitamy cię w naszym bractwie, ale najpierw będziesz musiał odpowiedzieć mi na kilka pytań i wypełnić trzy zadania. Zacznę od pytań.
Następnie brodacz zadał kilka zwyczajnych pytań, takich jak imię, nazwisko, numer buta, czy personalia trzech osób które programista chciał by zabić. Jako że młodzieniec nie bardzo wiedział co mógł by innego zrobić postanowił odpowiedzieć na pytania, chociaż chwilę zajęło mu wymyślenie dwóch osób które chcial by zabić oprócz Billa Gatesa.
-Teraz będziesz musiał przejść próbę - Zakomuniował Strażnik - Musisz przynieść nam serce wielbłąda, oczy niemowlęcia, lewą dłoń samotnej wdowy... Zaraz, przepraszam, to lista zakupów na piątek, zadania mam zapisane gdzie indziej.
Po chwili szukania kontynuował:
-Musisz znaleźć starego Jeremiasza i dowiedzieć się jak zginęła jego żona. To pierwsze zadanie, które prowadzi bezpośrednio do drugiego, drugim jest natomiast odnalezienie zakamuflowanej w tym mieście społeczności chomikołaków, musisz przynieść nam głowę ich wodza. Wspomoże cię w walce to.
Po czym rzucił naszemu bohaterowi coś co wyglądało jak kastet z nałożonym półksiężycem.
-Jest to rytualna broń nowicjusza naszego obrządku, jest ze stali nierdzewnej, pokrytej srebrem, do tego pomoże ci skoncentrować i wykorzystać twoje nowo nabyte moce. Poza tym można ją myć jak zwykłe sztućce. Kiedy uporasz się z tymi zadaniami wróć tutaj, a otrzymasz ostatnie, najważniejsze.
Następnie brodacz odwrócił się i wszedł do wieży, zostawiając oszołomionego Alberta pod drzwiami czarnej wierzy.
Albert po chwili zastanowienia ruszył w kierunku najbliższej kawiarenki internetowej, by znaleźć potrzebne mu informacje o Jeremiaszu. Jedyna jaką znalazł nazywała się "POD CHOMIKOŁAKIEM", wejścia do niej strzegły dwa przerośnięte, zmutowane, dwumetrowe chomikołaki, którym piana ściakała z ust, oczy były koloru truskawek a na ramionach miały podwójne swastyki.
Albert nie zląkł się ich. Wyjął z kieszeni komplet 10-ciu bojowych dyskietek z krawędziami naostrzonymi jak brzytwa i ozpoczęła sie jatka, rzucił pierwsze dwie naostrzone dyskietki, które pocięły ciało pierwszego chomikołaka, drugi, wyciągnął z kieszeni żyletkę, co by tylko zniszczyć piękną, nie skalaną przez pryszcze facjątę Alberta. Albert w yjął z kieszeni krążek cd, wziął zamach jakby miał rzucać dyskiem....szuuuuuuuu... głowa przeciwnika spadła na Ziemię. Wszedł do środka gdzie zobaczył starego Chomikołaka, którego twarz przecinała szrama, a na plecy opadały mu dredy. Albert szedł w stronę wodza chomikołaków, wziął zamach nierdzewnym kastetem, gdy nagle w jego głowie odezwał sie głos.
-Użyć rozumu ty musisz-miej serce i patrzaj w serce, to ja w twojej głowie odzywam się, nie wszystko jeszcze stracone, wróg myśli twe zmącił...Patrzył oko w oko na osobę, która prze cały ten czas była jego metafizycznym przewodnikiem.
- Mam na imię Fred, schowaj tą plugawą broń, usiądź i mnie wysłuchaj
Albert z wrażenia odłożył broń.
- Czego chcesz?
- Masz talent chłopcze. Talent, który mógłby się zmarnować. Nasze bractwo nie może do tego dopuścić.
- ...
- Musisz wiedzieć, że ludzie, którzy wszczepili ci nanochip to tak naprawdę twoi wrogowie. Chcieli, abyś dostarczył nalewkę do ich centrum dowodzenia, dzięki czemu mogliby zapanować nad znanym nam światem.
- Ale w jaki sposób? To, że się nie starzeją, nie znaczy, że nie można ich zabić... prawda?
- Pamiętaj, że TX-365 to wciąż prototyp. Z nieśmiertelnością mogło im się narazie nie udać, ale są o krok od przełomu. Do badań potrzebują właśnie tego preparatu i... ciebie.
- Mnie? - przestraszył się Albert - ale do czego ja jestem potrzebny?
- Nanochip wzmocnił twoją potencję, prawda? Chcieli użyć ciebie jako tłoka, lub kompresora. Nie wiemy tego dokładnie, bo odkryli naszego agenta.
- Mój boże... To co mam robić?
- Musisz udwać, że zadania ci zlecone wypełniłeś. Wiedzieć musisz, że bractwo to, to nic innego jak planu część tych, którzy nie życzą ci najlepiej
- Taaak, ale ja miałem przyniść twoją głowe! Aha! I jeszcze jedno, powiedz mi jak zginęła żona Jeremiasza, bo w necie nic konkretnego nie znalazłem.
- Niech się twoja głowa o moją głowe nie martwi. Mam przygotowaną kopie z wosku, która pokażesz ich wodzowi.
- No dobrze, ale co z tą żoną Jeremiesza? O co chodzi z tym zadaniem?
- Aaaa, żona Jeremiasz! To zmyłka, Jeremiasz nie miał żony. Jest księdzem.
- Skąd moge mieć pewność, że jesteś zaufania.
- Nie masz takiej pewności.
- Kul
- Będziemy w kontakcie telepatycznym...
Tak więc Albert wzioł sztuczną głowe i udał się do siedziby Obrządku. Na miejscu zapukał do drzwi, otworzył mu tym razem inny mężczyzna, również odziany w brązowy habit, ale z twarzy podobniejszy do młodego Elvisa Presleya.
-Więc to ty jesteś tym nowym. - Rzucił na powitanie. - Mam nadzieję że zrobiłeś co miałeś zrobić.
-Tak, mam tu... - Zaczął Albert, ale Elvisopodobny przerwał mu.
-Nieistotne, mnie tam nie obchodzi co za idiotyzmy żeś przytargał, mam ci tylko powiedzieć na czym polega trzecia próba. Musisz przejść przez te drzwi za mną i wejść do pomieszczenia z napisem sala prób. Tam czeka na ciebie dziesięć pokoi, w każdym z nich inny koszmar z którym będziesz musiał się zmierzyć. Według szefów powinien ci wystarczyć Księżycowy Kastet i twoja własna moc, ale ja tam im nie dowierzam, więc dam ci małe wsparcie.
Mężczyzna wyciągnął z pod habitu shotguna i pudełko naboi, podał je chłopakowi, po czym odsunął się od drzwi i zaprosił go gestem do środka. Kiedy młody programista znalazł się wewnątrz drzwi za nim zatrzasnęły się, jedyne co mu zostało to wejść do sali prób. Spodziewał się ujrzeć tam najróżniejsze koszmary, jednak już pierwsza próba zmroziła mu krew w żyłach. W pokoju do którego wszedł stało dziesięć klonów Britney Spears, każdy w różowym stroju cheerliderki. Gdy tylko znalazł się w pokoju zaczęły się do niego uśmiechać zalotnie, pokazywać swoje wdzięki i roznegliżowywać. Albert już miał zacząć robić to co zawsze robił gdy wchodził na takie strony w internecie, gdy nagle się spostrzegł, że jedna roznegliżowana już g uprzedziła. Po chwili wszystkie 10 roznegliżowanych klonów Britney Spears zbliżało się do alberta robiąc to co on jeszcze przed chwilą chciał zrobić. Albert załadował shotguna itrzelił w górę, nie wiadomo jakim to zrządzeniem losu 10 kawałków sucitu opadło prosto na głowę 10 klonów.
- Ufff... - westchnął Albert, po czym poszedł w kierunkudrugich drzwi, już miał chwycić za klamkę, gdy zobaczył cos dziwnego. Z pod gruzu zaczęło wypełzać coś co wyglądało jak różowa galaretka. Dziwna ta substancja wyciekała przez dłuższą chwilę, po czym zebrała sie na środku sali i uformowała w trzymetrową cheerliderkę z kolczastymi pomponami i ząbkami przypominającymi bardzo długie gwoździe.
-Nie powinieneśśśśś mnie lekceważyćććć ssssłodki chłopczyku. - Wysyczała dziwna istota. - Teraz pożywie ssssssssssię twoją duszą.
Ogłupiały Albert stał patrząc na dziwną istotę, gdy nagle poczuł jak coś mu wibruje w kieszeni. W pierwszej chwili pomyślał że to komórka, ale przypomniał sobie że zostawił ją w domu. Sięgnął więc do kieszeni i wyciągnął dziwny kastet który otrzymał od pierwszego strażnika. Gdy ują go w dłoń ten zaczął promieniować słabym światłem, a Albert usłyszał w głowie: "Niech moc będzie z Tobą..." Poczuł jak kastet samemu dopasowywuje mu się do dłoni. Albert więc posłuchał więc głosu serca, podbiegł do gigantycznej cheerliderki, wyskoczył w górę i rąbnął ją w mordre. Kastet w tym czasie rozbłysł zielonym światłem a potwór zamienił się w kupkę popiołu. W tym czasie otworzyły się następne drzwi, a na nimi stały dwa przerośnięte chomikołaki, każdy z dwoma bojowymi mikserami Albert ruszył na nie ze swoim kastetem, ale one w ułamek sekundy zrobiły unik.
- WTF? Dobre jesteście... - chrząknął nieustraszony programista i wykonał kolejny atak. Chomikołaki jednak znowu w ostatniej chwili uskoczyły!
- Ej, stary przestań. Jesteśmy od Freda... Nie atakuj już nas. Jesteśmy po twojej stronie.
- Ta? Kul. No więc o co chodzi?
-Chodzi o to, żeby nie wpaść błoto. Hahaha. Nie, nie to żart. Jesteśmy żeby cię ostrzec. Kolejnego pokoju byś już nie przeżył.
- Dlaczego?
- Następny pokój to pułapka. Chcą tam cię uśpić, zabrać płyn, który masz w kieszeni, a następnie wydupczyć i zabić! Ale spokojna twoja rozczochrana. My również jesteśmy tutaj w niewoli i chcemy uciec. Plan jest taki... Fred przysłał cię tutaj po plany megazorda, które są w piwnicy. Spójrz na nasze miksery. Tak naprawdę to wysokiej klasy urządzenia wiertnicze. Dzięki nim dostaniemy się do piwnicy.
Tak więc Albert i dwa chomikołaki przeszły przez odrzwia. Wchodząc, zauważyli, iż pokój jest taki jakiś... dziwny. Wszystkie ściany były czarne, a widoczne były tylko kanty pokoju, przywodząc na myśl wireframe. W tym samym momencie drzwi zamknęły się za nimi, a pokój zaczął wirować. Chomikołaki, najwyraźniej przyzwyczajone do tego, z niezłykłym kunsztem poczęły wspinać się po ścianie, a biedny Albert ledwo za nimi nadążał. W pewnej chwili, Albertowi wydało się, że chomikołaki coś między sobą szepczą. Postanowił użyć mocy swego nanochipa, nastawiając go na wzmocnienie zdolności słuchu i zapamiętywania faktów. Usłyszał takie oto słowa:
- Te, ten cały Albert to jakaś ciota. Dał się tak łatwo namówić.
- No, jakiś taki słabszy, niż pozostali, których przysyłał tu Fred.
- Trzeba szybko z nim skończyć, bo może następni przyjdą. Wiesz co masz robić.
- Taak, taak - ty staniesz przed nim, ja za nim, chwytam go za dupala, związuję i wiadomo.
- No dobra, przygotuj się, bo dochodzimy do drzwi.
Albert wystraszył się nieprzeciętnie. Wtem usłuszał głos: "Użyj mocy... Moc jest w Tobie... Możesz z nią zrobić wszystko to co zechcesz..."
Postanowił wykorzsytać efekt zaskoczenia. Kiedy chomikołaki się niczego nie spodziewały przemienił się w Albertołaka!!! Miał 5metrów wzorstu i w każdej strony po 3 pary małpich rąk. Cały był pokryty złotym futrem u wyrusł mu ogon. Chomikołaki wpadły w panikę, z zaskoczenia puściły się ściany i spadły na podłogę, która nadal wirowała. Kilkanaście sekund odbijania się od ścian i coraz szybiciej wirującej podłogi wysłało je w objęcia Morfeusza. Albert tymczasem wrócił do swojej zwyczajnej postaci, bo wersja Albertołakowa kosztowała go zbyt wiele many. Jakoś udało mu się dopełznąć do drzwi otworzyć je. Jakoś się przez nie prześliznął i ujrzał kolejny pokój, tym razem elegancko udekorowany. Na ścianach wisiały trofea myśliwskie i egzemplarze egoztycznej broni. Na środku pokoju stał stół, przy nim siedział dystyngowanie wyglądający szpakowaty mężczyzna.
-Witam cię panie w sali kolejnej próby. Pojedynek który tu się odbędzie innym się okaże od poprzednich. Tym razem nie walką wartość swą udowodnić będziesz musiał. Jednak talenty które wymaganę będą sam odkryć musisz. Tymczasem jednak zaprosić chciał bym na skromny poczęstunek.
Albert podszedł do stołu, niezauważył jednak częściowo ukrytej w kieszeni mężczyzny dziwnej fiolki wypełnionej słabo-świecącym niebieskim płynem. Kiedy podszedł do stoły bliżej zauważył ciastka w kształcie dyskietek i padów. Usiadł więc chętnie przy stole i zaczął je wcinać z gigaherzową prędością. Nagle coś do szarpnęło do tyłu, oparło o poręcz fotela. Były to dwa te same co poprzednio chomikołaki. Natyczmiast przywiązały go do fotela. Nieznajomy powoli wyciągając fiolkę powiedział spokojnie - Nie wiem jak ktoś tak naiwny przeszedł tych dwuch pacanów, zresztą nieważne bo zaraz będziesz martwy a ja zdąże na obiad przed zamknięciem baru mlecznego - po czym gulnął sobie zarartość tego szklanego czegoś i zaczął się mutować.
Najpierw wyrosły mu 2 kolejne pary rąk, zakończone ostrymi jak brzytwa pazurami, na głowie zaczęły sie pojawiać rogi, między którymi zaczeły przeskakiwać iskry, Twarz starszego szpakowatego dziadka zmieniła się nie do poznania, był on prawie uosobieniem szatana, sklonowanego z Goro. "Co robic co robić??" - Myślał nasz młody bohater - Raptem, gdy Zmutowany potwór zblizał się do niego, przypomniał sobie o tym, jaką jeszcze mogą dysponuje.
- I Co teraz zrobisz, w końcu jesteś przywiązany i nie możesz sie ruszyć - Rzekło to coś, co jeszcze przed chwilą było nobliwym staruszkiem. Wtedy Albert przypomniał sobie o jeszcze jednej Super-hiper-wypas umiejętności jaką posiadał. W jednym momencie jego (Uwaga Wyraz który mial byc użyty w tym miejscu jest niepoprawny politycznie i został wycięty - Urząd cenzorski, Starszy cenzor Augustyn Cichowódzki) rozerwał spodnie i więzy stając się twardy jak skała i uderzył w łeb potwora roztrzaskując go na drobniutkie kawałeczki.
- Ale odjazd - Wykrzyknał Albert, ze stojącym wypreżonym jak struna (Uwaga Wyraz który mial byc użyty w tym miejscu jest niepoprawny politycznie i został wycięty - Urząd cenzorski, Starszy cenzor Augustyn Cichowódzki) Podszedł do 2 Chomikołaków, które jeszcze nie zdążyły sie otrząsnąc z tegfo co stałosie przed chwilą. Z błyskiem w oku Albert złożył im propozycje nie do odrzucenie:
- Słuchajcie, mam dość już tych gierek! Chciałem wyświadczyć kumplowi przysługe... a tu takie rzeczy mnie spotykają. Mówcie o co w tym chodzi! Jak nie powiecie będe zmuszony was zmiażdżyć. Więc wybierajacie, albo mówicie, albo nie żyjecie...
- A-a-a ale myyyy... My nie ten, no... My nie możemy! Bob powiedz mu! -zakłopotał się ten mniejszy chomikołak
- Spokojnie... Może się dogadamy. Ja jestem Bob, a to jest Dżefrej. Z chęcią byśmy powiedzieli ci o co w tym wszystkim chodzi, ale nie możemy. Dla twojego dobra!
- Ha! I ja mam w to uwierzyć? Gadać mi ale już! - krzyknął nie na żarty zdenerwowany Albert.
- Może najpierw... No wiesz... Zchowałbyś go, bo tak jakoś, no wiesz. Się rozmawia dziwnie...
Albert więc schował broń ktorą rozwalił zmutowanego dziadka... Próbował jeszcze pół godziny negocjować z chomikołakami, ale bezskutecznie. One ciągle zarzekały się, że nie chcą nic powiedzieć w JEGO interesie (i nie chodzi tu o potężną broń Alberta ipb2_wink.gif ).
- O KURDE! TO ELVIS PRESLEY!!! - wykrzyknął nieoczekiwanie Bob i wzkazał łapą przed siebie.
- Gdzie! Gdzie?!
Chomikołaki tylko na to czekały. Albert dał się nabrać i obrócił się. Ale w tej chwili Bob i Dżefrej zamiast zaatakować nieoczekiwanie teleportowały się...
Albert został sam w pomieszczeniu. Szybkie zbadanie pomieszczenia udowodniło że nie ma szans na to żeby znaleźć jakiekolwiek wskazówki czy przydatne przedmioty. Wyjął więc z kieszeni markera, napisał na przedramieniu Trust no 1 i ruszył w kierunku następnych drzwi. Po drodze jednak pomyślał że całkiem przydatnie wygląda wiszący na ścianie szkocki Claymore, więc wzbogacił o niego swój inwentarz i ruszył do następnego pomieszczenia. Otworzył potężnym kopnięciem drzwi które właściwie nie były nawet zamknięte, po czym wszedł do kolejnego pomieszczenia. Pierwszą rzeczą którą zauważył wewnątrz była dziewczyna, mniej więcej w jego wieku. Wygladała całkiem ładnie, ale nosiła okulary, włosy miała spięte w koński ogon, a ubrana była w podkoszulek z napisem Linux inside i sprane dżinsy. Na widok takiego ideału kobiecości Alberta zatkało Jej ciało było przywiązane do fotela grubym lnianym sznurem. Albert zauważył, że nie ma stanika a jej sutki są nabrzmiałe. Widział kawałek brzuszka pokryty gęsią skórką i nerwowe spoglądania tej ponętnej szatynki w stronę wielkiej, zielonej, świecącej, mazisej substancji która zblizała się w jej stronę.
- Nie ruszaj się zbyt nerwowo - powiedziała przez zęby - to coś ma laserowy wzrok i komputerowe namierzanie celu
- Sam takie coś programowałem - uśmiechnął się tajemniczo Albert - wiem jak to obejść
Zrobił krok w stronę zielonej substancji, krok do tyłu, dwa razy obrucił się w lewo, potem w prawo, trzy razy pokazał gest Kozakiewicza a substancja przestała świecić. Potem się "wciągnęła" do samej siebie i stała się prostopadłościanej wielkości MIDI tower.
- Czy wiesz, że to było ostatnie zadanie? - powiedziała dziewczyna - jeszcze nikt go nie przeszedł!
- Ja naliczyłem cztery, zostało mi jeszcze 6 zadań.
- To pewnie efekt TX-395. Uwolnij mnie to Ci wszystko wytłumacze.
Kiedy Albert wziął się za rozkrępywanie dzieczyny ona zaczęła mu wyjaśniać.
- Nazywam się Lynx i jestem od Kofeusza. Jesteśmy z opozycji Linuxowej. Walczymi z Billem Galilem. Twoje TX-395, które masz we krwi może nam pomóc w Tylko, że ja nie mam TX395 we krwi, a w butelce
Gdy Lynx to usłyszała cała zaczeła się trząść i jąkając się spytała:
- Wy ta-takim raz raz razie jjjak ci się u u u dało przejść te te ten test?
- Jakiś koleś w piwnicy wszczepił mi nanochip...
Po tych słowach Lynx się uspokoiła i wyraźnie spochmurniała:
- A więc jednak nie jesteś tym... Nanochip to każdy frajer ma.
- Ty mi tu oczu nie mydlij! Powiedz mi lepiej o co w tym wszystkim chodzi! Kim jesteś, po co ten test, co to za bractwo, kim był ten facet w piwnicy, dlaczego moja ciotka miała megazorda, po której stronie są chomikołaki i Fred, kto to Kofeusz i kim jest jest Bill Galil!!! Już mnie to wszystko zaczyna wkurzać.
-A może mam ci jeszcze masaż zrobić i obiadek ugotować ? - Spytała dziewczyna, rozdażnionym tonem.
-Wiesz, ja zawsze mogę cię przestać rozwiązywać. Myślę że będziesz się tu dobrze bawić jak cię zostawię. - Albert uśmiechnął się szeroko, zdejmując ręce ze sznurów, których pozostało na dziewczynie całkiem sporo.
-Dobra, powiem ci ile wiem, ale nie jest tego aż tak dużo. Co do chomikołaków nikt właściwie nie wie po której są stronie, obiecywały przyjaźń i pomoc praktycznie każdemu zaangażowanemu w sprawę, ale nic dla swoich sprzymieżeńców nie robilły. Mają jakieś własne , niezbadane cele, do których gotowe są dążyć po trupach.
-A co z bractwem ?
-Oni są najnowszymi, nie licząc ciebie, pionkami w grze. Pojawili sie ostatnio i na razie zajmują się jedynie werbunkiem. Miałam za zadanie zinfiltrować ich bazę, ale niestety dałam się złapać.
-Jak to się stało ?
-Poznali po podkoszulku, oni tu używają tylko Maców.
Albert zadrżał, uświadomił sobie że właśnie cudem uniknął dołączenia do użytkowników produktów Apple. Zaskoczyło go jednak to, że nie był nawet w połowie tak przerażony jak się spodziewał, a nawet przeciwnie.
-Oni tu chyba coś w powietrzu rozpylają, nie wiem czemu, nagle zachciało mi się popracować na Power Book'u.
-Musisz być silny. - Dziewczyna wyglądała na przerażoną. - To pewnie ten chip tak na ciebie działa, słyszałam że oni je robią na bazie Ipodów.
-To co, będe mógł teraz słuchać w tyłku mp3 ? - Chłopak był wyraźnie zaintrygowany -Jasne i oglądać niemieckie pornole i w ogóle rożności. Choć w zasadzie twój zadek stał się tylko iwyłącznie łączem interfejsu przez które możesz łączyć się z innymi urządzeniami. oczywiście masz też łącze wychodzące.- dodała z fiuternym uśmiechem i nie znoszącym sprzeciwu gestem sięgnęła po jego wtyczkę obnarzając jednocześnie swe gniazdo.
-yeraz wymienimy nasze dane.-szepnęła i podeszła bliżej by rozprawić się z chipem Alberta.
- I nie czerwień się tak - dodała - chyba nie jesteś prawiczkiem, nie?
Albert postanowił przemilczeć ten temat.
- Ponieważ już jesteś przygotowany masz tu gumkę i wsadź mi swoje gniazdo do mojego. I nie ruszaj bo stracimy połączenie. To się łączy przez podczerwień i ma krótki zasięg.
To był dla Alberta najprzyjemniejszy transfer danych z jakim miał doczynienia. Chociaż niestety nie trwał za długo.
- To już skończyłam, coprawda nadal masz Mac'owskiego chipa ale już na Linuksie, teraz będziesz mógł się zmieżyć z Billem Galilem. A teraz proszę zrób coś bo czuje się ostatnio niewyżyta seksualnie...

Opowiadanko wyprodukowane przez bandę wariatów (ze mną włącznie) na pewnym forum, poskładałem je w jedno żeby sobie druknąć, to przy okazji tu właduję, ku uciesze gawiedzi. Potem dam jeszcze jedno, w realiach fantasy, z Wojem Stefanusem i jego gadającym Koniem.
  Majka niejedno ma imię - BIHCROMNAL 2006 :)
27 sierpnia 2006

Kolejny pasjonujący dzień. Takie Międzyzdroje po czarnogórsku
Tym razem niespodzianka - wstajemy wcześnie ;) :):):):):) Jest bardzo mokro - w nocy szalała burza. Teraz spokojnie. I zapowiada się piękny dzionek.

Wiola robi sobie szybką kawę. Ja jakoś puszczalskiej nie wypiję... Jeszcze by rządy Brazylii, Kolumbii i Jamajki skreśliły dzień 11 marca z listy świąt narodowych... Byłby to cios... ;) :D:D:D Wierzę, że w Barze będzie czas na bar :)

Zanim otworzysz ten dziób, to pomyśl
Chcemy dziś rano dojechać do Baru, do katedry. Nie wiemy o której jest msza, ale jak pojedziemy wcześnie to pewnie trafimy. Wychodzimy na drogę (miałam napisać - na ulicę, ale głupio by zabrzmiało). Szukamy dobrego miejsca na autostop. Jest nam obojętne czym pojedziemy - KASA JESZCZE JEST - co jak na nasze wakacyjne możliwości budzi nasze lekkie zdziwienie :)

Machamy chwilkę i mamy - bordowego passata. Wiola od razu - idź do przodu nawijać. No to idę. Oj nie przyuważyłam wcześniej twarzy kierowcy. A kierowca błyska oczami i uśmiechem :D:D. Już po chwili wiemy, że jest...tra la la la - taksówkarzem w Żabljaku! Uspokaja nas, że nie jedziemy jednak z nim służbowo ;) i o ile się nie mylę, to kurs do Żabljaka stąd miałby kosztować ze sto euro. Ale my nie jedziemy dziś do Żabljaka i na pewno nigdy nie taksówką!!!! Tzn. chyba nie jedziemy ;)

Kiedy wzrok taksówkarza niebezpiecznie ląduje na moich ranach z wojny ;) już wiem, że muszę znów snuć mą opowieść albańską :) Sprawia wrażenie, że bardzo się przejął i też coś tam mówi jakie to jesteśmy odważne.

Tak sobie gadamy - też o drogach, no i pewnym momencie - tak dla paddzierżania razgawora - pytam się go: a ta droga, to gdzie prowadzi? (teraz już wiem, że to było to skrzyżowanie, z którego jedzie się ostro w górę, w kierunku granicy z Albanią, z pominięciem Ulcinja). A ten po hamulcach i wsteczny - chcesz, to sprawdzimy!!! NIEEEEE mówię bardzo zdecydowanie i macham przy okazji wszystkimi dwiema ręcyma :):):)
Śmieje się ze mnie. A ja czuję wzrok Wioli na plecach i słyszę uszami wyobraźni: nim otworzysz ten dziób, to pomyśl... :D:D:D:D

Gadamy tak o wszystkim i o niczym i rzecz jasna o polityce też. To kolejny wierzący w sukces samodzielności Czarnogóry (bez Serbii).
Obok jednostki wojskowej w Barze się żegnamy. Oczywiście zaprasza do Żabljaka. Oczywiście przy okazji na pewno tam jeszcze pojedziemy!!!

W piątek zaczyna się kolejny rok szkolny
Idziemy sobie w stronę katedry. Rosną po drodze różne fajne rośliny - i nie udaje mi sie zrobić ładnych zdjęć tychże roślin pokrytych kropelkami nocnego deszczu... Przed katedrą zaczepiamy - chyba - kościelnego i pytamy o Mszę. Jest o 10.00. mamy więc jakieś półtorej godziny czasu. Przyciągają nas oczywiście kolory kwiatów rosnących przed pałacem (hm - jaki tam pałac - dom) biskupim. Focimy chińskie róże i inne niecierpki. Aż z budynku wybiega jakaś siostra zakonna i włącza bajerancką fontannę :D:D:D To znów focimy :).




Jako, że czasu nadal dużo, postanawiamy szukać baru w Barze :) Niestety - jeszcze za wcześnie, a poza tym w okolicy nie ma żadnej kafejki... idziemy więc w stronę dworca kolejowego jakimiś krzaczorami, bo tradycyjnie skracamy drogę :). Jest bar, jest obsługa, jest kawa. Nie jest to coś szczególnie pysznego, ale ujdzie...



Tu usiłujemy nasłuchiwać czy coś mówią o wczorajszym zemljotresie ;) Ale nie mówią...

Na mszy - tłum! Na koniec biskup sprowadza nas, a zwłaszcza Wiolę - na ziemię, bo mówi, że oto w piątek zaczyna się kolejny rok szkolny :D:D:D Nie pamiętam takich długich wakacji, żeby na nich słyszeć, że za kilka dni zaczyna się szkoła:D

Krakusie - tym razem nie oglądamy niczego więcej w Barze. Jedziemy dopalać nasze kostki i brzuchy do Utjehy. Ale w samym Barze kupujemy jeszcze chleb no i nasze ukochane jogurty bałkańskie. Konsumujemy na dworcu. W Utjesze kupujemy jeszcze 5 wielkich słoików dżemu figowego (jakoś doniesiemy do Bielska ;) ) no i na dzisiejszy obiad i kolację - Ita! Wojan! - taaaaak arbuzy, figi i pomidory :D:D:D:D:D

Ach - jeszcze jedna dedykacja dla wielbicieli roślin ;)



W Utjesze jeszcze kupujemy gazetę i czytamy o naszym trzęsieniu ziemi. Naprawdę było!



Dalej to już znów nic ciekawego - PLAŻA :D

28 sierpnia 2006

Wiecie co - naprawdę nic się nie działo
Mamy tylko fotki w takim stylu z tego dnia:



To jeszcze tylko dodam, że na plaży byłyśmy świadkami bardzo niefajnej sytuacji. Ta plaża w Utjesze, to takie świetne miejsce plażowania dla rodzin z małymi dziećmi. I takie też towarzystwo otaczało nas tu codziennie. Aż tu poniedziałkowego poranka zjawiło się rozwrzeszczane towarzystwo z Polski - tak z 8 osób chyba (wiem z jakiego miasta, ale nie powiem, bo na pewno nie mieszkają tam tylko tacy ludzie, a nie chciałabym, żeby ktoś pomyślał, że nie lubię tego miasta w południowej Polsce... :( )

To, że K...Y i JA PIER...Ę sypało się równo (a pewnie nie zauważyli, że już Franek Dolas mówił: te nasze słowiańskie języki takie podobne...) i echem niosło się w najdalsze kąty zatoczki - to jeden obciach. Mamy z dziećmi juz zaczęły sie zbierać na drugi koniec plaży. Drugi obciach był taki, że na tej plaży toples nie jest dobrze przyjmowany. Panowie z tego polskiego miasta jednak dziarsko zachęcali swoje panie: pokażcie tym dzikusom, jak się opala cywilizowana Europa. Oczywiście nie mówili tego szeptem... No i rozochocone dziewczyny pozdejmowały staniki. A wokół nas już nie było nikogo z plażowiczów...
Nie dałyśmy poznać po sobie, że jesteśmy z Polski i rozumiemy co mówią, więc i naszym wdziękom się oberwało w ich komentarzach... Przeżyłyśmy I tak wiemy, że jesteśmy bardzo fajne :D:D:D:D:D:D:D:D:D

Popołudnie... Co robimy? Jak to co? Manianatropicana ;) Wieczorem ucinamy sobie pogawędkę z Sonią. Zaprasza nas na kolację, kiedy tylko będziemy miały czas. Fajny dowcip. Czasu to my tu mamy aż nadto! Mówiłam: trzeba było jechać do KOSOWA! :D:D: Ale Soni obiecujemy, że wpadniemy!

29 sierpnia 2006

Wycharczałam: R A T U N K U
Zaczyna być tak, że w Utjesze co trzeci dzień trzęsie się nasz świat . Jako, że ja z tych, co im w drewnianym kościele cegłówki na głowę spadają, przygoda znów trafia na mnie... Otwieram oczka z zamiarem wyjścia z namiotu do łazienki, a tu... Uch...!!!!!! Jakąż przytomność umysłu w sekundzie odzyskałam. Myszy to ja się nie boje, ale jakieś elementy arachnofobii to moja psychika chyba posiada... Po tym, co zobaczyłam w przedsionku namiotu - 15 cm ode mnie... Gwałtownie złapałam za rękę Wiolę, przełknęłam głośno ślinę i wycharczałam: R A T U N K U!
Bo oto zobaczyłam takie coś. Popatrzcie na elementy namiotu, to zobaczycie jakie to duże...



Wiola też w sekundzie była przytomna Nie znam się na pająkach. Ten wyglądał mi groźnie. Mówiłyśmy do niego/niej: Tygrysie ;) Bałam się, że jak tylko na to to spojrzę, to plunie jakimś jadem, albo mi do oczu skoczy Wiem, że pająki mają 8 oczu - to na pewno widzi więcej niż ja ;):):):):) Z namiotu wyszłyśmy więc przedsionkiem od strony Wioli, ale nie spuszczałyśmy potwora z oczu. Już widzę co bym robiła, gdyby się okazało, że pająk zniknął i być może wlazł do mojego plecaka, który stał w przedsionku. Pomyślałyśmy, żeby szukać Fiko. Ale zamiast Fiko, zobaczyłyśmy Sonię. Z przerażeniem w oczach wołamy ją i pokazujemy pająka. A Sonia.. hehe - bierze kawałek gałązki granatu, ściąga pająka i jego domek z pająkowymi dziećmi (czy co to tam jest), wprawnym ruchem zdejmuje gumowego klapka i bestialsko morduje naszego prześladowcę - brrrrrrrrrrr. Niby po problemie. A ja bym pewnie po Greenpeace dzwoniła, żeby go zabrali...:D

Aha - w tym wątku: http://www.cro.pl/forum/v...er=asc&start=30 (chodzi mi o stronę 4) Petris mi tłumaczyła, że miałyśmy bliskie spotkanie z tygrzykiem paskowanym. I dobrze, że dopiero od Petris się dowiedziałam, że one żyją w takim układzie, że 3 na metr kwadratowy... BRRRRRRRRRRRRRRRR...

To, iż potem była plaża, to już wiecie Ale nie wiecie, że plażowanie trwało może godzinę, albowiem nadciągnęły czarne chmury i uziemiły nas w namiocie aż do wieczora. Tak potwornie lało, że aż się nam noc z Żabljaka przypomniała...




Aha - patrzymy jak inni się odżywiają ;)



Aha i jeszcze w chwilach przejaśnień latamy obserwować zjawiska w naszych starych maslinach :)



Jak się już okazuje, z opaleniem kostek i brzuchów nie mamy szans... :(:(:(:(:(

Idziemy na setkę
Żeby nie było, ze tyłka nie ruszyłyśmy z kempu, dziś postanawiamy zjeść coś na serio. Tyle knajp, że nie wiadomo gdzie iść . Trafiamy w końcu na jakąś taką w której siedzi sporo tubylców. Żeby tu Was wszystkich przekonać, ze nie jesteśmy wegetariankami, informuję, ze zamówiłyśmy sałatkę szopką, frytki i pljeskavicę. Długo czekamy to fakt. Zdążyłyśmy już wypić 3 pepsi. Kiedy pan nam to wreszcie przynosi już wiem, ze mi to nie będzie smakowało. FUUUUUUJ! Takie mięcho wołowo-wieprzowe, ale tak ociekające tłuszcze, że aż bleeeeeee. Nie chcę tego. Wiola też nie chce. Skubiemy trochę, żeby nie było, że nawet nie spróbowałyśmy, ale naprawdę... Nie jesteśmy w stanie tego przełknąć... Jest nam tak niedobrze, że idziemy na setkę śliwowicy

Kiedy wracamy na kemp, Sonia woła z daleka: zapraszam! Chodźcie na kolację... O jeny... Ale się nam przydarzyło... jeszcze nie wróciłyśmy do siebie, a tu znów jedzenie. Jak widzę cevapcici, to mi sie dźwiga... Ale nie wypada odmówić. Jem ziemniaki, sałatkę (PYSZNA!!!!!!) i morduję jednego cevapa. Fiko stawia na stole wino i piwo. Pochłaniamy i jedno, i drugie - byle tylko zabić wspomnienie o pljeskavicy. Bo cevapy są dobre, ale jakoś dziś żaden trupek mi nie podchodzi:D

A w namiocie (w celach kuracyjnych ) jeszcze naszą monastirkę-śliwowicę opróżniamy do dna! Aaaa nie powiedziałam Wam, że butelki fajnie wyglądały, bo miały podwójną akcyzę: serbską i nową - czarnogórską!



Sezon się kończy nieubłaganie - kemp pustoszeje w zastraszającym tempie, a na dodatek ta pogoda... Dziś deszczowo, a jutro... Ech...

30 sierpnia 2006

Pada kisa i te sprawy :(
Nie wiemy czy warto wystawiać dziś nos z namiotu... Całonocna ulewa nie nastraja optymistycznie... I słusznie podejrzewamy. Przypominają mi się wszystkie możliwe deszczowo-kisowe ;) piosenki... Nucimy sobie o tych różnych kisach i idziemy poobserwować morze... Rzuca łódeczkami po okolicy bliższej i dalszej,. Fiko z synem poszli ratować ich łódkę. Patrzymy jak ludzie walczą z żywiołem. I ten dzień już taki będzie... Pada caluteńki dzień z jakimiś kilkunastominutowymi przerwami...

Po południu idę jeszcze na muszelki na plażę. Wiola foci nagłe przypływy morza. Wodę mamy już po bramą kempu. A z plaży już nic nie zostało... Przerażająco wygląda, kiedy fale łamią jak zapałki latarnie naszej Tropicany. Chłopaki pracujące na plaży śpiesznie pakują na samochody leżaki i parasole.





Wiecie co... Coś okropnego. Nie na darmo mówią, że dobrze jest wyjść z imprezy, kiedy jest najfajniej, żeby zachować miłe wspomnienia... Jest mi tak potwornie smutno i jakoś tak beznadziejnie, że po raz pierwszy od trzech tygodni myślę o powrocie do PL. A to już jutro...
Dziś (tzn. wtedy) dodaję: na szczęście. Jutro mi się poglądy zmienią :D:D:D:D:D:D:D
 



Dżem Mała aleja róż
DŻEM pamięci Pawła Bergera
Dżem - Do Kołyski MP3
dzem przystanek woodstock
dzem rock polski
DZEM SINGLES DEM
dzem skazany na bluesa
Dżem Taniec śmierci
Dżem Złoty Paw
Dżem - Do Kołyski
dżem do ściągnięcia
Dzem List Do R
dzem quot the
dzem sen o
dzem whisky whisky dzem
  • regeneracja felg aluminiowych
  • energomontaBF pF3B3noc sochaczew
  • do podstrony 1800
  • umowa darowizny udzialu amochodu
  • leki;na;obnizenienie;cisnienia;bez;recepty
  • czy mozna podlaczyc command do w211 2003
  • lg 4120b
  • dis
  • numer 4020