Oglądasz wypowiedzi wyszukane dla frazy: dywan do zabawy w piratow
Wiadomość
  Między Nami Mamami
Pusiak, Super!! mam juz swoje typy

2 Gadanki-przytulanki. Kładziemy się na kanapie lub na dywanie i zapraszamy dzieci na "tulaski".

8 Niedźwiedź śpi. Tata albo mama kładzie się na podłodze i udaje, że śpi. Dzieci biegają dookoła. Od czasu do czasu niedźwiedź warczy, marszczy się groźnie, przeciąga albo ziewa, siejąc grozę i wywołując przy tym dużo śmiechu.

10 Zabawy „w coś”. Ledwo żywy tata odgrywa bierną rolę - pacjenta, marynarza związanego przez piratów, a nawet... skrzynki na listy (podczas zabawy w pocztę).

13 Zabawy z lupą. Odpoczywająca mama może być ciekawym preparatem (nawet jeśli czasem przysypia) - niech dzieci obejrzą przez lupę jej skórę, oczy, wnętrze ucha.

16 Zamiana ról. My jesteśmy „dzidziusiami”, a dzieci - rodzicami. Mogą owinąć dzidziusia w wielki becik na podłodze, umyć mu buzię watką, nakarmić twarożkiem, uczesać, pomachać grzechotką. Dzidziuś może drzemać i od czasu do czasu pogaworzyć. Co za luksus!
 
  Nasze dzieci
O miły temat w tym roku w wakacje opiekowałam się 2 brzd ąców .Tak się nimi zajmowałam że zawsze jak była pora aby niania szła do domu ściskali mnie za nogi ,tak że nie mogłam i ś Ś heh małe dzieci.
Rano o 7 jak przychodziłam, do nich to prosili rodziców o pobudkę , bo chcieli od rana ze mn ą czas spędzi Ś.
Zastanawiałam się, czym to jest spowodowane ,że dzieciaki tak się do mnie przywi ązały, wpadła na to w ostatni dzie ą w pracy .Mały miał w ten dzie ą urodziny tato kupił mu jakie ś tam zabawki(statek piratów, samochód sterowany no cacy) i kasetę video. Tato małego porosił ,abym po śniadaniu wł ączyłam im t ą kasetę .Tak też zrobiłam...okazało się ,że dzieci nic cały czas ogl ądaj ą bajki, albo graj ą w komputer...s ą tak do tego przywi ązane. Ze mn ą spędzały czas całkiem inaczej: zajęcia w ogrodzie, wspólna zabawa w „ciepło zimno” i wiele innych. Wszystko robili śmy wspólnie piekli śmy gofry , ciasteczka. Bawili śmy się wspólnie, uczyli śmy czytali śmy.
Kiedy mama wracała z pracy była w szoku, że mały z tak ą pasj ą hehe odkurzał swój dywan w pokoju !Dzieci były bardzo grzeczne kiedy rodzice wracali z pracy, wybawione, spaliły nadmiar energii itp. Wystarczyło po świeci Ś im troszkę czasu. Wszystko robili śmy razem i w te dni kiedy do nich przychodziłam nie było czasu na ogl ądanie bajek w TV ani na granie.
Na koniec dostałam od nich piękne prezenty , aż łezka w oczku się kręciła. Tak się przyzwyczaiłam do tych malców ,że do dzisiaj za nimi tęsknię ! A DO NAST ŠPNYCH WAKACJI MUSIMI CZEKA †.

A ze śmiesznych historii przypomniała mi się na razie jedna jak opowiadałam dzieciom o potworku ,żyj ącym w piwnicy ,który każe złe dzieci, a wynagradza dobre (kochały te historie hehe)opowiadałam o potworze, który miał długie w ąsy (dzieci boj ą się mężczyzn z w ąsami) i” łapał w nie niegrzeczne dzieci” Mały w pewnej chwili zapytał się swoim cieniutkim głosem „A Proszę Pani ,czy ona ma takie dłuuuuuuugie w ąsy (oczywi ście musiał pokaza Ś słowo dłuuuugie)aż do Ciechocinka?” Zaciekawiło mnie czemu do Ciechocinka? Okazało się , że dziadkowie dzieci mieszkaj ą w Ciechocinku. Dla mnie to było bardzo śmieszne...Jak mały czterolatek z zaciekawieniem słucha historii o potworze z piwnicy...Pó źniej chcieli jeszcze (chłopczyk wraz z siostr ą) i jeszcze(czasami miałam problem z wymy śleniem tych historii) ale dałam radę hehe !
  Przygotowania do sesji rpg przez sieć
Zanim zaczniemy grać powinniście zrozumieć czym właściwie jest rpg i "z czym to się je" :)

No więc najprościej mówiąć rpg to historia, którą opowiada jeden człowiek (Mistrz Gry - potocznie nazywany MG) i w której czynnie uczestniczą inni ludzie (Gracze).

Każdy z Graczy wciela się w jedną osobę (Postać) która ma jakieś swoje cechy - statystyki opisujące jak jest silna, zręczna, jak panuje nad sobą i nad innymi. Taka Postać ma jakąś swoją przeszłość, swoje nawyki itp.

MG opowiada jakąś swoją fabułę a gracze reagują na nią w jakiś zgodny ze swoją postacią sposób.

np - Postać wychowała sie w dziczy. Drużyna zostaje zaproszona na dwór ksiącia, spięta postać potyka sie o schody, dywany i ciagle robi jakieś głupie rzeczy, typu mówienie do księcia na "ty" itp

Przed rozpoczęciem chciałbym żebyśmy ustalili w jakiej konwencji chcemy grać:

Typowe fantasy - pseudo średniowiecze plus magia i rasy magiczne, magowie, rycerze, elfy itd.
Konwencja płaszcza i szpady - piraci, muszkieterowie, walki w karczmach itp.
Steam punk - magia plus cywilizacja końca dziewiętnastego. przygody w dżunglach, polowanie na Kubę Rozpruwacza etc.
Czasy współczesne - ewentualnie plus szczypta magii jak wyrazicie chęć
Cyber Punk - świat za jakieś 20 - 50 lat rozwinięta technologia, upadek moralny
Science fiction - statki kosmiczne, wysoka technologia, obce rasy.

Oczywiście jeśli chcecie może to być całkowicie rzeczywiste, choćby zabawy w odrywanie krucjaty - zero magii, zmyślania - będę musiał poszukać źródeł historycznych, ale jeśli tak będziecie chcieli to nie ma problemu :)

Są rpg "nowej fali" gdzie można grać groszkiem konserwowym ;) rpg ogranicza tylko wyobraźnia grających :)

Zapraszam do zabawy :)
  Co robić z dzieckiem w deszczową pogodę?
hej ho żagle staw:D polecam zabawę tematyczną w statek;] wystarczy łóżko lub materac, prześcieradło imitujące żagiel, hula hop (lub coś okrągłego) na ster, lornetka (może być zrobiona z rolek po papierze do... pupy;PP), marynarskie czapeczki- złożone z gazety, drewiane łyżki z kuchni lub łopatki do piasku jako wiosła. Oczywiście najważniejsze jest pokierowanie zabawą przez ciocię;D by maluch wczuł się w rolę- trzeba manewrować statkiem, kołysać się na falach, uniknąć zderzenia ze skałami, wypatrywać lądu itp. -> ciocia raczej ma gadane więc poradzi sobie;]. W tle można puścić jakieś fajne kawałki marynarskie;P www.odn.pl - w pobieralni polecam Pirat, Hej ho! Żagle staw!, Kubuś rusza w świat i Z piratami w świat.
Z innych zabaw tematycznych to może jak dla chłopca- zabawa w autobus, warsztat samochodowy lub sklep, może w Indian??.
Przy okazji zabaw przy muzyce- zabawa w pociąg przy piosence Jedzie pociąg z daleka:D
Dla rozbieganego berbecia- domową olimpiadę sportową;] przechodzenie pod krzesłami, zgniatanie gazet i rzuty do kosza, gra w kręgle (można przewracać kubki lub oklejone rolki po papierze), wyścigi - dmuchanie piłeczki ping-ponga- kto dalej, odbijanie balonem, kopanie piłką do bramki (2 taborety+miotła+prześcieradło= bramka:D). Zabawa z balonem- ciocia ma zawiązany balon do nogi- berbeć próbuje go przebić zgniatając nogą, dmuchanie piórka- kto dłużej utrzyma w powietrzu, kto zrobi większa bańkę mydlaną?
Zabawy w teatr -proste kukiełki na patyczkach do wykałaczek, pacholiki z zawiniętego na palec papieru, pomalowanych palców lub pomalowanych całych dłoni;] + króciutkie wierszyki lub improwizacja:D
Oczywiście CZYTANIE KSIĄŻECZEK!!! krótkich, dobrze ilustrowanych;] najlepiej ze zwierzętami lub pojazdami i ćwiczenie odgłosów;]
Dla relaksu- huśtanie w kocu, wożenie w kocu na leżąco i siedząco, wożenie po dywanie na plecach w chwycie za nogi lub na pupie w chwycie za ręce; jeśli dysponujesz to kołysanie na dużej piłce (może być taka z rączkami do skakania;])- kołysanie z asekuracją na brzuchu i na plecach.
Jeśli maluch nie mieści się jeszcze na kartce to rozwiń folię (taką do ochrony podczas tapetowania)rozwiń duży arkusz szarego papieru lub jakąś starą tapetę, ubierzcie się w stare ciuszki i puście kolorowe wodze fantazji odbijając paluszki, dłonie, stopy lub po prostu rysujcie palcami;] Można odbijać pomalowane farbą liście lub zrobić pieczątki z ziemniaka;] Może ludziki z żołędzi i kasztanów;] albo cudności z masy solnej (mąka, sól- 1:1 + trochę wody+ łyżeczka oleju) lub wypiek ciasteczek:D
 
  Pomysły na zabawy
25 pomysłów na zabawy

Oto garść pomysłów na spokojne popołudnie. Większość naszych propozycji nie wymaga od rodziców ruszania się z ulubionej kanapy, porzucania miękkich poduszek i ciepłego koca. A dzieci dostają to, co najważniejsze - czas, uwagę i pieszczotę.

• Zmiana skóry. Po powrocie z pracy bierzemy prysznic (albo rodzinną kąpiel) i przebieramy się w ulubione sztruksy. W wannie można posłuchać spokojnej muzyki, pogadać, pobawić się w delfiny.

• Wspólne robienie kolacji. Dzieci mogą smarować chleb, kroić, warzywa, nakryć do stołu. Świetna okazja do opowiadania o tym, co ciekawego wydarzyło się w ciągu dnia.

• Relaks. Kładziemy się na kanapie albo na dywanie (można zrobić specjalną „przytulalnię” z poduszek i miękkich koców) i zapraszamy dzieci na gadanie, przytulanie, opowiadanie.

• Koncert życzeń. Na leżąco słuchamy ulubionej muzyki - każdy mówi, czego chce słuchać, wymyślamy dedykacje: „A teraz specjalna piosenka od mamy dla Krzysia”.

• Czytamy maluchom książki. Zmęczeni rodzice mogą razem z nimi posłuchać nagrań z kaset lub płyt. „Kubuś Puchatek” w wykonaniu Ireny Kwiatkowskiej, „Kot w butach”, „Czerwony Kapturek” czy „Kopciuszek” Brzechwy podziałają jak balsam.

• Teatrzyk cieni. Zapalamy świece. Pokazujemy dzieciom, jak robi się pieska, orła, kozę, proponujemy, żeby wymyśliły własne przedstawienie.

• Gimnastyka rozluźniająca. Kładziemy się na dywanie i spokojne oddychamy - pomoże i nam, i dzieciom.

• Szczypta fantazji. Wyobrażamy sobie: czekoladową ucztę, bieganie w wiosennym deszczu, zwiedzanie jaskini, budowanie zamku na plaży. W wyobraźni odwiedzamy ulubione miejsca wakacyjne.

• Straszny potwór. Tata albo mama kładzie się na podłodze i udaje, że śpi. Dzieci biegają dookoła i zaczepiają potwora. Od czasu do czasu potwór warczy, marszczy się groźnie, przeciąga albo ziewa, siejąc grozę. Wreszcie łapie dziecko, które za blisko podeszło i zabawa zaczyna się od początku.

• Pantomima. Dzieci udają psa, kota, króla, wróżkę, a rodzice zgadują, kto to jest.

• Rodzinne gry planszowe. Chińczyk, loteryjka, warcaby, domino, drabiny i węże, farmer, grzybobranie. Coś, co lubią i rodzice, i dzieci.

• Budowanie z klocków. Razem z dziećmi wznosimy pałac albo leśniczówkę, pojazd kosmiczny albo jaskinię dla dinozaurów (bardzo zmęczeni rodzice mogą się ograniczyć do dowożenia klocków ciężarówką na plac budowy).

Zabawy „w coś”, np. w lekarza. Ledwo żywy tata może zarezerwować dla siebie bierną rolę - pacjenta, marynarza związanego przez piratów, a nawet... skrzynki na listy (podczas zabawy w pocztę).

• Wspólne rysowanie. Dajemy dzieciom flamastry do pisania na szybach, suche albo olejne pastele, ołówki, kredki. Można narysować to, co się dzisiaj wydarzyło, swoje uczucia, marzenia. Kto nie lubi rysować sam, niech pozuje dzieciom do portretu (na leżąco).

• Zagadki. Gra w 20 pytań dostosowana do wieku dzieci, np.: „Co to? Ma cztery łapy...”.

• „Co było gdyby” - zastanówcie się, co by było, gdyby mrówki były większe od ludzi, gdyby ludzie mieli ogony, gdyby w rzece płynął malinowy sok?

Zabawy z lupą. Zmęczona mama może być preparatem (a nawet lekko drzemiącym preparatem) - niech dzieci obejrzą przez lupę jej skórę, oczy, wnętrze ucha.

• Bańki mydlane. Dajemy dzieciom lejek, trzepaczkę, cienkie bransoletki, kółka - czy nadają się do puszczania baniek?
Zabawy ruchowe. Jeśli dzieci rozpiera energia, kładziemy się wygodnie na miękkim kocu i zarządzamy ćwiczenia - dzieci mogą biegać w kółko, przeskakiwać przez nasze nogi, czołgać się, skakać żabką, robić fikołki.

• Wyruszamy na wyprawę. Kładziemy się razem z dziećmi w miękkim i ciepłym miejscu, zamykamy oczy i... lecimy w kosmos, nurkujemy koło rafy koralowej, zwiedzamy pałac z lodu. Dzieci opowiadają, co widzą, co słyszą, co czują.

• Zamiana ról. My jesteśmy „dzidziusiami”, a dzieci - rodzicami. Mogą owinąć dzidziusia w wielki becik na podłodze, umyć mu buzię watką, nakarmić twarożkiem, uczesać, pomachać grzechotką. Dzidziuś może drzemać i od czasu do czasu pogaworzyć. Co za luksus!

• Dawno, dawno temu. Kto lubi opowiadać bajki albo wymyślać własne, ma pole do popisu. Kto woli życie od fikcji, niech opowie, co robił, jak był mały i trochę większy, jak poznał mamę (tatę), jak urodziły się dzieci.

• Zdjęcia. W albumach, pudłach, kopertach - godzinami można je oglądać w przytulnym fotelu. I opowiadać, wspominać, marzyć.

• Malowanie buzi. Maluchy malują rodzicom twarze w indiańskie wzory, biedronki, motyle.

• Wychodzimy na dwór. Być może po różnych relaksujących zajęciach cała rodzina nabierze ochoty na wspólny spacer przed spaniem, krótką wycieczkę rowerową, rozpalenie ogniska.
  naloty na piracki soft.


has been fingerprinted by Krystian Piećko:

| A sprawa sama w sobie nie jest taka błaha. Hoppke niech się boi :))))
| bo słyszałem, że zaczeło się od Zielonej Góry. Wpadła policja
| z nakazem i...  :)

No więc w moim mieście wybuchła panika. I nie przesadzam.

Zaczęło się od tego, że policja (podobno po jakimś "życzliwym"
anonimowym telefonie) skontrolowała jedną z kawiarenek internetowych,
która trudniła się sprzedażą pirackiego softu. W jakiś sposób policjanci
dostali też w łapki namiary na klientów tej kawiarenki, paru osiedlowych
pośredników i trochę drobnych użytkowników.  No i zaczęły się kontrole.
Policja chce niby znaleźć przede wszystkim dystrybutorów, ale to się
zamienia w bieganie po domach zwykłych, szarych użytkowników. Jak na
razie oznacza to trochę ponad 40 zrewidowanych lokali, bardzo dużo
"zabezpieczonych" dysków twardych a czasem i całych komputerów, a sama
sprawa jest nadal "rozwojowa". Lokalna gazeta znalazła sobie zimowy
sezon ogórkowy, codziennie są zamieszczane kolejne wyjaśnienia
ekspertów, informatyków, policjantów oraz oburzonych użytkowników.

Ludzie masowo kupują najtańszego dostępnego Windowsa (chyba jakąś edycję
Win98). Sklepy przeżywają okres prosperity, podobno kończą się zapasy
i trzeba ściągać z okolicznych rejonów. Tzn. kupują ci, których na to
stać.

Bo reszta robi jedną z dwóch rzeczy: albo ukrywa dysk/komputer, albo
pozbywa się programów Microsoftu i instaluje Linuksa. Oglądam teraz
prawdziwą epidemię linuksiarstwa, ta nagonka faktycznie może spowodować
pojawienie się fali linuksowych newbie w mieście. Oczywiście spora część
tych ludzi znowu wróci do WinXP gdy tylko sprawa ucichnie (szacuję, że
stanie się to gdzieś przy nowym roku, gdy policjanci dostaną nagrody
i premie za wzorowo przeprowadzoną nagonkę), ale część zostanie już przy
Linuksie.

| Nie wiem jak to było, ale sprawa wygląda powaznie. Dobrze, że nie mam
| nielegalnych programów bo bym się zaczał zastanawiać.

Jest poważnie, mam na poparcie tego dowody, zaobserwowane moim czułym,
krytycznym okiem komputerowego outsidera:

1. Znajomy znajomej, widząc że policja wchodzi do domu sąsiada, wrzucił
do kominka kolekcję ~300 płyt CD.

2. Student w akademiku słysząc, że ktoś stuka do jego drzwi próbował
wywalić (i częściowo wywalił) komputer za okno.

3. W lokalnych sklepach z akcesoriami komputerowymi praktycznie nie
sposób dostać "kieszeni" na dyski, bo nagle zaczęły się cieszyć wielkim
wzięciem. Może swoją kieszeń dam radę komuś z zyskiem odsprzedać?

4. Ludzie nie otwierają drzwi mieszkań, "udawajmy że nas nie ma" stało
się popularną zabawą w wielu rodzinach.

5. Grupki przyjaciół zbierają swoje płyty CD do kupy i upychają je
w bezpiecznych miejscach, np. u znajomych którzy nie mają komputerów,
w garażach, zakopują na działkach itp. (czy płytkom CD nic się nie
stanie, gdy je w gruncie złapie przymrozek -15°?), rozkładają płasko pod
dywanami między dwoma warstwami folii... Cieszę się widząc, że nasza
sławna, ułańska fantazja ciągle jest żywa w narodzie - wystarczyło ją
tylko obudzić.

6. Nagle wszyscy dookoła mówią o Linuksie, CryptoFS, CryptoLoop oraz
crackach do programów szyfrujących pod Windows. Ludzie którzy dotychczas
nie odróżniali jpeg od png nagle używają takich słów jak "aurox",
"debian" czy "mandrake".

7. Słowo "Linux" słyszę w barze już częściej niż "Miller" czy "Rywin".

8. Telefon mi się urywa, co i rusz ktoś pyta, czy nie mam jakiegoś
Linuksa do pożyczenia. Nie, psiakrew, nie mam! Do Empiku, raz raz :)

9. Ciekawe telefony odbiera też policja i redakcja gazety, co jakiś czas
dzwonią "życzliwi" z informacjami typu (autentyczne! zmieniłem tylko
dane osobowo-adresowe): "Chciałbym poinformować uprzejmie, że niejaki
Zdzisiek J., ten świński kutas, zamieszkały na Lisowskiego 8a używa
pirackiego oprogramowania." Nasza kochana, polska, bezinteresowna
nienawiść. Ale to dobrze, na pewno rozładowuje to jakieś napięcia
i frustracje społeczne. Ja też się zastanawiam czy sobie na kogoś nie
donieść... pomyślmy, kogo to ja najbardziej nie lubię... ;)

10. Z ludzi wyłazi szuja, bo gdy jeden wpada podczas kontroli to zwykle
sypie od razu swoich znajomych, którzy są kontrolowani w następnej
kolejności. Podobno za "współpracę" można liczyć na zmniejszenie kary.

11. hoppke zastanawia się, czy zapisanie na płycie CD filesystemu XFS,
z odwróconą endianess i przesuniętego np. o 3MB danych z /dev/urandom
względem początku płyty stanowi wyzwanie dla Panów Inspektorów ;)

Aha, "urban myth" mówi, że to zemsta naszej nielubianej Pani Prezydent.
Po prostu my tutaj mamy taką kobietę u władzy, zwie się ona Ronowicz.
I ktoś o niej na internetowym forum gazety (coś w stylu komentarzy na

z jakimś jej kosztownym zagranicznym wyjazdem chyba, w każdym
razie z jakimś nierozsądnym zużywaniem pieniędzy z budżetu miasta. Pani
Prezydent jednak jest ciut apodyktyczna i zamiast zachować się jak
dorosły człowiek i zignorować sprawę wręcz zawrzała. Domagała się
zidentyfikowania małego człowieczka, który śmiał niecnym słowem w nią
ugodzić w którymś z komentarzy do jakiegoś artykułu w sieci. Pani
Prezydent wystosowała wniosek do prokuratury o wszczęcie postępowania
i "słuszne ukaranie" bluźniercy Jej Niepodzielnego I Prawie Że Boskiego
Majestatu. Fama est, że Pani Prezydent wywiera nacisk na policję, by
akcja gnębienia "komputerowców" trwała jak najdłużej. Brzmi to bardzo
idiotycznie i nie trzyma się zbytnio kupy (jak większość teorii
spiskowych), ale jeśli uwzględni się że kobieta wnioskowała do
prokuratury o ściganie człowieka który nazwał ją w sieci "kretynką", to
nie wydaje się to być już takie szalone. Jeśli ona tak emocjonalnie to
do siebie wzięła i aż tak bardzo przereagowała, to można się wszystkiego
spodziewać. Z niechęcią muszę powiedzieć - tak to jest, jak się baba do
władzy dorwie.

To mówiłem ja, hoppke, Zielonogórzanin drugiej klasy :)


To zajebiście, ciekawe kiedy węzmą się za dealerów narkotyków. Już to widzę
:)
A nie można ?
A mała szkodliwość społeczna.
Tępić piratów, tylko nie drogowych :)
Oby tak dalej...
Btw. Ciekawe ile taki pirat dostanie ? Coś mi się zdaję, że gorzej niż za
morderstwo. Zresztą w tym krają prwdziwi przestępcy czują się bezpiecznie.

  Nasza twórczość
Cena niewinności

CZĘŚĆ DRUGA:

Tu z dala od wielkomiejskiego szumu panowała cisza i spokój. Mały piętrowy domek na obrzeżach Warszawy pokryty czerwoną dachówką i z tynkiem w odcieniu bladej żółci, miał stanowić azyl, gwarantować bezpieczeństwo, do jakiego zawsze może wrócić po ciężkim dniu pracy. Znajdujący się za budynkiem kawałek zieleni był miejscem na letnie grillowanie, czy zabawy na świeżym powietrzu. Miał to być dom, w którym chce się mieszkać, chce się żyć. Najpierw wspólnie wychowując dzieci, a na starość przeżyć ostatnie dane od Boga lata w harmonii. Dom, który sam żyje i cieszy. Jest w nim radość, miłość, ciepła, rodzinna atmosfera, szczęście. Takiego go sobie wymarzył, kiedy był porzuconym dzieckiem. Taki chciał stworzyć swojej rodzinie. I dopiął swego. Zbudował dom, zasadził drzewo (a nawet kilka) i spłodził bliźniaki. Nie wiedział tylko, czy po tylu latach zamknięcia ma jeszcze prawo przestąpić przez próg, czy ma tu czego szukać. Każdego dnia stawał mu przez oczami ten widok, niekiedy wyobrażał sobie jak mogło się w nim pozmieniać. Na przykład przypominając sobie, że Basia od zawsze chciała zmienić nieco staroświeckie babcine firanki w salonie, zastanawiał się jaki kolor by wybrała. „Ciekawe, czy to zrobiła?” – myślał też. No i czy ktoś naprawił ten cieknący kran, za którego wymianę brakowało mu czasu. Obiecywał, że zrobi to sam, ale praca zawsze krzyżowała mu plany, odstawiając na bok obowiązki domowe. Jednak najbardziej chciał zobaczyć pokoik dziecinny. Z pieczołowitością go z Basią urządzali. Miał być kolorowy, jak z bajki. Tam musiało się wiele zmienić. Pewnie już nie ma tych małych łóżeczek, jakie składali z Adamem z wielkim trudem. Za pierwszym razem się udało. Nie wiadomo tylko jakim cudem, za drugim razem po złożeniu zostało kilka części. Mimo to łóżeczko stało. Teraz są już na nie za duzi, chodzą do przedszkola. Jak mógł wyglądać o te cztery lata do przodu? Na to mu już chyba brakło wyobraźni. Ale jedno wiedział na pewno. Musi ich wszystkich zobaczyć jak najszybciej. Nareszcie…
Tymczasem jak zawsze w domu państwa Brodeckich wiele się działo. Zabieganie, ciągły pośpiech, donośne śmiechy, krzyki rozentuzjazmowanych maluchów pełnych energii. Zwłaszcza starszy z rodzeństwa nie mógł usiedzieć na miejscu. Wszędzie go było pełno. Ciągle gdzieś gonił, biegał, skakał. Był radosny, roześmiany, ruchliwy, jak nieokiełznany żywioł. Prowodyr do psikusów. Szybko się nudził. Trzeba było anielskiej cierpliwości i oczu dookoła głowy, by móc upilnować tego słodkiego łobuziaka. Przeciwieństwo stanowiła jego młodsza o całe pięć minut siostrzyczka. Delikatna jak płatek, krucha, wrażliwa, bystra, spokojna, a przy tym bardzo rezolutna, uśmiechnięta i wygadana. Kiedy raz na nią spojrzałeś, byłeś zakochany po uszy. Już wykazywała zamiłowanie do rysunku, mała artystka.
Basia była z nich bardzo dumna. Kochała swoje pociechy najmocniej na świecie. Praktycznie przez te cztery lata żyła dla nich. Poświęcała im każdą wolną chwilę. Była jak tysiące samotnie wychowujących matek. Jak typowa Matka-Polka. Praca-dom, dom-praca. Nie miała czasu dla siebie. Była mamą całe 24 godziny na dobę. Po pracy zaraz odbierała je z przedszkola i resztę dnia, póki nie zasnęli, była przy nich. Ale cóż mogła na to poradzić, że dzieci były jej światełkiem w tunelu, jakim się znalazła.
Przy oknie w kuchni, przy specjalnym krzesełku dla dzieci, siedział jeszcze jeden maluch. Blondynek, bawiący się łyżeczką w przygotowanym posiłku. Basia za to stała nad blatem kuchennym, szybko zagniatając ciasto na pierogi. W białym fartuszku wyglądała zupełnie inaczej, niż z bronią przy pasku. Umazana w mące, przytrzymywała barkiem bezprzewodowy telefon przy uchu. Rozmawiała.
- Tak mamo…Ychym… Pierogi? – zmrużyła oczy, dokładniej obserwując to, co ugniata pod palcami na drewnianej deseczce.
W pewnym momencie sama zwątpiła w swoje umiejętności kulinarne lepienia pierogów z serem. To, co robi w tej chwili nie wyglądało najlepiej. Musiała coś pomylić albo już jej się wydawało. Nigdy nie była najlepszą kucharką. Zapatrzona w lepką masę, zamyśliła się na moment, nie słuchając tego, co mówi jej matka.
- „Takie lubi Marek” – pomyślała.
Specjalnie dla niego nauczyła się robić pierogi, wedle przepisu swojej babci, w oparciu o wskazówki przekazane przez Marka, od pani kucharki z domu dziecka. Co dziwne, z początku to on je dla niej robił. Potem, chcąc mu zrobić przyjemność, sama je przyrządziła na jego któreś z kolei urodziny. Wyszły takie, jak lubił.
- Jestem, jestem! – powiedziała, po ocknięciu z letargu - Nie, daję sobie radę! – zaczęła jeszcze szybciej ugniatać ciasto. - A jak tata? – posypała szczyptą mąki. - ... Był u lekarza?
- Z trudem dał się namówić, wiesz jaki jest tata, ale poszliśmy…
- I co powiedział? – zapytała, odstawiając woreczek z mąką na bok.
Basia miała nadzieję, że to nic poważnego. Ostatnio jej ojciec miał problemy z sercem. Niepokoiła się, a będąc tyle kilometrów od domu, nie była w stanie w niczym pomóc. Zwłaszcza dopilnować upartego ojca.
- Nic nie powiedział. Mamy umówioną wizytę za miesiąc!
- Ucałuj go proszę ode mnie! – na twarzy Basi pojawił się delikatny uśmiech.
Nagle do kuchni wbiegła czteroletnia Gabrysia. Blond czuprynkę miała uczesaną w dwie, długie kucyki, związane gumkami w tych samych kolorach. Ciemne oczy w kolorze kasztanu odziedziczyła po mamie. Miała na sobie błękitną sukienkę i brązowe bamboszki. Podeszła zaciekawiona bliżej blatu kuchennego.
- Co robisz? – zapytała słodko, a od razu na jej buzi pojawił się szeroki uśmiech.
- Mamo poczekaj chwilę! – rzuciła jeszcze do słuchawki, wytarła ręce w fartuszek i odstawiła na chwilę telefon . – Pierogi na obiad! – odpowiedziała ciepło, trochę pochylając się nad córką.
Po chwili znów się wyprostowała, wracając do wykonywanej czynności.
- A mogę też? – spytała dziewczynka skora do pomocy.
- Za chwilkę. Pomożesz mi wycinać, co? – dopytała i znów przystawiła telefon do ucha. – Już jestem. Tak, dobrze słyszałaś! – zaśmiała się delikatnie.
- A wiesz, czego się dowiedziałam o Sokołowskich…Podobno, bo mi Rubertowa powiedziała, że ta ich córka to wychodzi za mąż, bo jest w trzecim miesiącu ciąży…
Odruchowo spojrzała jednak za siebie w poszukiwaniu chłopca.
- Ooo…. Ciekawe! – wymusiła na sobie sztuczny uśmieszek. - A gdzie Kubuś? – spytała po cichu córkę, kiedy mama opowiadała jej o mało istotnych sprawach sąsiadów.
- W przedpokoju, ale nie wiem co robi! Bawi się pewnie…
Brodecka skierowała na Gabrysię swój podejrzliwy wzrok. Dziewczynka wzruszyła ramionami nie chcąc wydać brata. Miała już dopytać, kiedy usłyszała dzwonek do drzwi. Gabrysia wybiegła z kuchni na górę.
- Niewiarygodne, prawda? – matka Basi zaśmiała się.
- Yyy…Mamo, przepraszam cię, ale muszę kończyć. Odpowiesz mi innym razem! Pa! – rzuciła na jednym wydechu i rozłączyła się, nie dopuszczając matki do słowa.
Umyła dłonie, ściągnęła szybko fartuszek, zarzucając na krzesło i szybkim krokiem pokierowała się, by otworzyć drzwi. Kiedy potknęła się o klocek.
Westchnęła ciężko.
- Gabi, posprzątaj te klocki, proszę! – odparła jeszcze w drodze w drzwi wejściowych.
Zauważyła jak jej syn siedzi na poręczy od schodów, z uniesioną flagą zrobioną z kija i białego biustonosza mamy. Z przewiązaną chustą na głowie udaje kapitulującego pirata.
- Cześć mamusiu! Zobacz! – rzucił radośnie, chwaląc się wyczynem.
Storosz z oczami wielkimi jak orzechy, weszła na schody, ściągnęła syna z poręczy i stawiając go na nogi, uprzedziła spokojnie:
- Porozmawiamy potem. – poczochrała go po głowie, odbierając „zabawkę”. – A teraz idź się pobawić z siostrą do pokoju!
Wyprostowała się i słysząc już setny dzwonek do drzwi, wreszcie otworzyła. Podniosła oczy i spojrzała na gościa przez uchylone drzwi.
- …A to ty? – w jej głosie dało się wyczuć lekkie zdziwienie.
- Cześć! – w progu stał Oskar, przyjaciel jej i Marka.
Przywitał się z Basią buziakiem w policzek.
- Cześć! Wejdź, proszę! – gestem ręki zaprosiła go do środka, a ten od razu wszedł jak do siebie.
- Byłem w okolicy, to pomyślałem, że wpadnę! Mam wolny dzień w firmie! – rzucił serdecznie i zaraz za Basią poszedł do kuchni.
- Miło z twojej strony! – odpowiedziała nieco obojętnie.
Nie miała dzisiaj nastroju na wizyty gości. Oskar za to, widząc w dziecięcym krzesełku rocznego chłopca, uśmiechnął się do niego delikatnie. Podszedł bliżej i podał mu palec, który ścisnął. Oskar odwrócił głowę, patrząc na Basię, która również się uśmiechnęła.
- Napijesz się czegoś? – zapytała z innej beczki, kiedy Oskar uśmiechał się zbyt długo. - Kawy, herbaty? – zaproponowała.
- Nie dziękuję. Już piłem i kawę i herbatę. Wiesz jak to jest.
- No tak… - zmieszała się trochę. – Usiądź! – uśmiechnął się.
Wydawał się być mężczyzną otwartym i szczerym i taki właśnie był zdaniem Basi. Wiele dla niej zrobił, odkąd Marek siedział w więzieniu. Adama często nie umiała o coś poprosić, Za to Oskar zawsze był chętny do pomocy.
- Robiłam pierogi…Ale chyba mogą poczekać. – dokończyła myśl.
- Pierogi? Jak tak mówisz to aż chce się zgłodnieć na poczekaniu! – rzucił wesoło, a Basia zaśmiała się.
- Może zostaniesz na obiedzie? – zaproponowała z czystej gościnności, a tak poza tym lubiła jego towarzystwo.
Był typem rozrywkowego faceta i potrafił ją rozśmieszyć.
- Z przyjemnością. Mogę ci pomóc, jak chcesz!
- Ok., jak już tak bardzo chcesz mi pomóc, to proszę! – w tym momencie rozległ się donośny głos Gabi.
- Nieprawda!!
- Poczekaj, zajrzę tylko do tych urwisów! – rzuciła do Oskara i poszła do pokoju dziecinnego, mieszczącego się na piętrze.
Uchyliła drzwi i przez szparkę ujrzała jak jej pociechy siedzą grzecznie na dywanie i układają klocki.
- Nieprawda, mój domek jest ładniejszy!
- Co tu się dzieje?
- Gabrysia mówi, że jej domek jest ładniejszy od mojego! – naskarżył, wyciągając palec, wskazując tym samym na siostrę.
- Nieprawda! Kuba kłamie! – chciała już coś powiedzieć, ale mama nie dała jej dojść do słowa.
- Oba są tak samo ładne! Tak? – pokiwali grzecznie główkami. – No! To już wam nie przeszkadzam! I grzecznie tu! – rzuciła, grożąc im palcem na żarty i zamknęła za sobą drzwi. Kiedy Brodecka tylko zniknęła z pola widzenia, prowadzona wcześniej dyskusja przez dzieci rozgorzała na nowo.
- To nieprawda, tatuś wcale nie jest w więzieniu! – rzuciła już ciszej, nie chcąc, by ich mama znów zainterweniowała. – Sam jesteś w więzieniu! – dodała zezłoszczona. – Tatuś tam pracuje i pilnuje tych złych panów, a sam jest dobry!
- Jesteś głupia! Tata tam mieszka i dlatego nie może wychodzić na dwór! I…jeszcze nosi takie czerwone ubranie, jak inni źli panowie!
- Nie, bo jest policjantem jak mamusia! – przekomarzała się.
- Nie jest, bo jest w więzieniu! Dlatego z nami nie mieszka! – Kuba był niezwykle uparty i nie dał się przekonać.
Poza tym był mądrym chłopcem i uważnie obserwował. Gabrysia natomiast wymyśliła sobie taki obraz taty, chcąc tak rozumieć.
- A skąd wiesz? – zapytała już spokojniej.
- Słyszałem, jak mama powiedziała wujkowi Adamowi, że tata siedzi w więzieniu, bo zrobił coś złego i ma karę!
- Powiem mamie, że znowu kłamiesz! To ty, jak będziesz niegrzeczny pójdziesz do więzienia, a tata tam pracuje! – rzuciła stanowczo jak na tak małą osóbkę.
Wstała z impetem i zabierając ze sobą lalkę, poszła do łazienki.
Tymczasem przygotowania do obiadu szły pełną parą. Oboje rozmawiając i śmiejąc się jednocześnie, lepili pierogi.
- No masz! – podniósł lekko ton, kiedy marudził, że nie idzie mu nadziewanie pierogów. - Chyba się do tego nie nadaję! - zaśmiał się.
- Daj spokój! Idzie ci sprawniej niż mi! Już prawie kończymy. – uśmiechnęła się. – Dziękuję za pomoc. Dzieciaki pewnie już są głodne.
- Poradziłabyś sobie tak samo dobrze beze mnie! – pochwalił ją.
Oskar wówczas spojrzał na nią ciepło, nieco inaczej niż zwykle, a może dopiero pierwszy raz to zauważyła. Na szczęście tę dla niej nieco niezręczną sytuację przerwał dzwonek do drzwi i płacz chłopca.
- Ooo! To już drugi raz dzisiaj!….Zajmiesz się…- urwała nagle, widząc dziwną minę Surmy, kiedy zasugerowała mu zajęcie się chłopcem. – Albo ja to zrobię! Kończ nadziewać. – poleciła niczym szef kuchni, a sama wzięła na ręce płaczącego chłopca i zaczęła kołysać.
- No co się stało, co? – zapytała przeciągliwym, słodkim tonem.
Tym samym podeszła do drzwi wejściowych. Natychmiast pomyślała, że to listonosz. Lubił roznosić pocztę o tej godzinie. Przeważnie były to jakieś paczki dla wnuków od kochających dziadków. Dzisiaj jednak nie spodziewała się t a k i e g o gościa…
Gdy otworzyła drzwi w progu stanął Marek. Oniemiała z wrażenia, czując jak uginają się pod nią kolana. Wybałuszyła oczy, jakby postać, którą teraz widzi była tylko złudzeniem…
  Komi: Mój skromny ficzek...
„Ostatnie Starcie”
Cz 4: Prawda, która wstrząsnęła Światowym Rządem - spotkanie na Wasure.

Załoga natychmiast podniosła się ze swoich krzeseł i wydała z siebie odgłos zdziwienia:
- ŻE CO?!
Nawet sam Luffy był zaskoczony propozycją dziadka. Szczęka opadła mu do ziemi. Po kilku sekundach, wreszcie udało mu się coś z siebie wydobyć.
- Ja? Schichibukai? Ja mam być stawiany w jednym rzędzie z tym draniem Crocodilem? Pić herbatkę z Morią, który zlikwidował mi niemal całą załogę? No nie… - pomyślał chłopak.
- Odmawiam – szybko skonstruował w jego mniemaniu, jedyną słuszną odpowiedź.
Garp nieco zmarszczył brwi. Czy życie naprawdę musimy mi na każdym kroku pokazywać, że nie jest usłane różami? - pomyślał.
- Nie dość, żeś pirat, to jeszcze nie chcesz zostać Schichibukai? – pochylił głowę i sięgnął po swą kawę. Pociągnął dwa mały łyczki, po czym z gracją, odstawił filiżaneczkę.
- No dobrze Luffy. Pozwól, że się czegoś ciebie spytam. Kurczę, muszę to zrobić najdelikatniej jak umiem. Czy… wiesz o śmierci tego pirata, Rudowłosego? – zapytał ostrożnie.
Luffy zamarł. Przed oczami zaczęły mu się przewijać obrazy z przeszłości. Rodzinna wioska, czas spędzany wspólnie z piratami w knajpie, rozmowy, wreszcie sam Shanks. Jego uśmiech, postawa, moment ocalenia. Wiele wspomnień w jednej tylko chwili. Znów dotarło do niego, iż tej osoby, już nie ma. W kąciku prawego oka pojawił się dowód wzruszenia, maleńka łezka. Jednak szybko się z tego otrząsł i odparł:
- Tak, Nami wyczytała dziś rano w gazecie – wymamrotał cichutkim głosem chłopak.
- A czy wiesz, kto go zabił? Jak do tego doszło?
W Luffym coś drgnęło. Chciał pomścić Shanksa, podjąć jakieś działanie, ale tak naprawdę nie wiedział jak się do tego zabrać. Tym bardziej, po zanegowaniu jego „genialnego” planu. Jednak słowa dziadka sprawiły, że wstąpiła w niego nowa nadzieja, że będzie miał szansę wyrównać rachunki. Uświadomił sobie, iż Garp zna odpowiedź na wciąż nurtujące go pytanie.
- Ty wiesz, kto go zabił, prawda? – spytał rzeczowo młodzieniec, nieco podniesiony na duchu myślą o rewanżu. Zwłaszcza, iż chodziło raczej o niedaleką przyszłość.
- Tak. Jednakże zanim ci to wyjawię pozwól, że wpierw o czymś opowiem. Nie będzie to historia wyssana z palca. To będzie tajny raport, który wstrząsnął Światowym Rządem, co postawił do pionu wszystkie siły Marynarki. Zaznaczę, iż to zeznanie byłego Schichibukai – Aiwary, który po wielu godzinach nieludzkich tortur, w straszliwych mękach, wszystko nam ładnie wyśpiewał. – Nie do końca była to prawda, Aiwara dobrze znał metody „rozwiązujące język” więc bardzo szybko zaczął współpracować. Choć to, co mówił, było szczerą prawdą (zwłaszcza, iż przesłuchiwała go piękna kapitan Hina, co jak się okaże miało nie małe znaczenie), to już tekst o torturach, był tylko zagraniem koniecznym, by dodać wypowiedzi dramatyzmu i zainteresować nią niesfornego wnuka. Kto by chciał słuchać, jakby powiedział „ zeznał w kawiarni, podczas randki z panią kapitan”.
- Usopp i Chopper przełknęli aż z napięcia ślinę. Luffy usadowił się w wygodnej dla niego pozycji (czyli w kuckach na krześle) i wytężył słuch. Minę miał z tonowaną, po której było widać, że traktuje to wszystko bardzo poważnie. To musi mieć jakiś związek ze śmiercią Shanksa, inaczej by mi o tym nie mówił. Jakieś wprowadzenie albo coś. W sumie wolałbym, by mi podał nazwisko, ale jak już musi to niech mu będzie. -pomyślał. Oczywiście cel starszego pana był bardzo konkretny i jednoznaczny, ale iloraz inteligencji jaki posiadał nasz rezolutny kapitan, nie pozwalał mu tego dostrzec. Wiceadmirał zadowolony z siebie, postanowił totalnie rozładować napięcie.
- Siedzisz już wygodnie? – Grap zmienił werbalizację głosu na znacznie spokojniejszą i odrobinę frywolną – No to słuchaj wnusiu, dziadziuś opowie ci bajeczkę – uśmiechnął się żartobliwie.
- Proszę sobie nie żartować! – zareagował gwałtownie Franky. Aż oczy wyszły mu poza orbitę z podziwu do „umiejętności mówienia o poważnych rzeczach, wypowiedziane w nietaktowny i zbyt wyluzowany sposób” ( Garp już raz pokazał ową klasę w tej „dziedzinie” na Water 7.).
- Tak sobie myślę – zaczął się zastanawiać wiceadmirał – Chyba nie powinienem tego mówić tak oficjalnie… - chwilkę się zawahał.
- Ależ proszę pana… - zaczął Usopp, ciekawski ponad wszystko tajnego raportu.
- Proszę wiceadmirała. - poprawił Garp niby z powagą, a tak naprawdę lekko sobie z niego szydząc.
- A tak. Proszę wiceadmirała…
- O tak lepiej, no niech wam będzie.
Usopp się troszkę zdziwił: Co? Już? Przekonałem go? Ale jestem genialny!
Te same myśli, ale z nieco z innej strony ogarnęły umysł Nami: Niewiele potrzeba żeby go przekonać. On naprawdę nie chciał nam tego powiedzieć?
Usopp nic nie mówił, ale jego uśmiechnięta buźka, idealnie zdradzała jego myśli.
Garp znowu zabrał głos:
- Zaraz jak to było, a już wiem! Choć opowiem Ci bajeczkę, bajka będzie dłuuuga. Żyła sobie raz królewna, co - (nutki i obowiązkowy uśmieszek)
- PROSZĘ WICEADMIRAŁA!!! – wykrzyknięto jak jeden mąż.
Wszystkim przez głowę przemknęła prawie ta sama myśl: No doprawdy… ile można sobie żartować. Czy ten człowiek nie wie, co to do cholery jest POWAGA?
- Dziadek, nie wygłupiaj się i zacznij wreszcie – odburknął z niecierpliwiony Luffy.
- No dobrze. Chciałem tylko nieco rozładować atmosferę. No to okej. Teraz już proszę o uwagę - momentalnie z poważniał – A więc było tak…

Miejsce: Wyspa Wasure ( jap. „zapomnienie”)
Czas: Jeszcze sprzed wydarzeń przedstawionych w pierwszym rozdziale.

Wasure. Tropikalna wyspa porośnięta bujną roślinnością. Znajdują się tu też dwa wodospady, z których jeden jest majestatycznie przedzielony na samej górze ogromną skałą, tworząc dwa ogromne, szerokie na trzysta metrów filary wody. Zapierający dech w piersiach krajobraz. Znaczenie tego wodospadu jest jednak jednoznacznie „praktyczne”. Stanowi ono, bowiem swego rodzaju miejscową „atrakcję” (na środku tej skały dochodzi bardzo często do pojedynków). Na wyspie są też liczne mokradła, wypełnione niebezpieczną fauną jak np. pół metrowe piranie (częste miejsce „prywatnych egzekucji”). Lasy deszczowe są tu bardzo gęste i pokrywają znaczącą cześć wyspy. To jednak w niczym nie przeszkadza „mieszkańcom”, których za wielu nie jest. Jest to, bowiem wyspa największych ludzkich pomiotów. Autochtoni (tzn. rdzenni mieszkańcy) dawno już upuścili to zapomniane przez Boga miejsce. Zbierają się tu najgroźniejsi, najbardziej poszukiwani piraci, jakich nieprzyjemność miał oglądać świat. Gorszego zakątka Ziemi porządny człowiek nigdy nie widział. Raj dla wszelkich przestępców, bandziorów i innego marginesu wyjętego z pod prawa. Oczywiście jak to w takich miejscach bywa, kwitnie tu na szeroką skalę handel żywym towarem. Można tu kupić dosłownie każdą istotę, nawet pojmanych i zniewolonych kapitanów. Rzecz jasna ryboludzie, syreny czy mieszkańcy Skypiei, też się czasem zdarzają. Cała wyspa od metra jest usłana licznymi pubami, klubami nocnymi, burdelami, plantacjami narkotyków i innego tego typu „inwestycjami”. Oczywiście wszystko jest tu nielegalne, a kobiety są po prostu zmuszane do prostytucji. Na tej wyspie rządzi pieniądz i prawo własności (również, obejmuje poszczególne osoby takie jak np. nocne tancerki). Nie ma żadnych socjalnie ustalonych zasad. Morderstwa i inne przestępstwa na porządku dziennym. Idąc środkiem miasta, można wyciągnąć broń palną, strzelić w jakiegoś pirata czy rzezimieszka i nikt nie zwróci na to najmniejszej uwagi. Właściwie panuje tu tylko jedna, ściśle przestrzegana zasada - nie wolno kraść (zarówno pieniędzy jak i też szeroko rozumianych „prywatnych własności”). Do przestrzegania tego „świętego” prawa, powołana została specjalna grupa, prywatne wojsko pana wyspy – Satoshiego. Nie sprawował on tu jednak ani władzy legitymistycznej, ani wykonawczej. Jeśli już to sądowniczą. Jednakże Panem, był z innego powodu. To on był posiadaczem większości przybytków na tej wyspie i właśnie w ten sposób należy rozumować jego władzę. Oczywiście panowało tu takie bezprawie, że wszelkie oddziały Marynarki omijały to miejsce tak szerokim łukiem, jak się tylko dało. Wyżsi rangą, także rzadko tu przybijali. Nie było więc lepszego miejsca na zorganizowanie tajnego spotkania wymierzonego w Światowy Rząd.
Wschodnia strona wyspy: tajna kwatera jednego z „siedmiu władców” - Krysa.
Ma tu miejsce spotkanie Schichibukai. To on był mózgiem całego interesu, ale Czarnobrody, też miał pewien udział w tej sprawie. Otóż, w tajemnicy przed Światowym Rządem, każdy Schichibukai, który przeszedł „wstępne przesłuchanie”, sprawdzające lojalność wobec rządu, ( tylko Kuma został oddalony z kwitkiem. Swoją drogą zastąpiono jego osobę Aiwarą. Wcześniej wiceadmirał, a teraz znamienity pirat wart trzysta sześćdziesiąt milionów beli ) otrzymał zaproszenie od Krysa do jego wspaniałej rezydencji na Wasure (oczywiście nie miała być to wycieczka krajoznawcza, kto by wtedy się pojawił?). W liście wyraźnie było napisane, iż chodzi o sprawy wagi światowej. Szczegółów spotkania, czy tematu debaty nie podano, jednakże informacja o tym, iż ma się pojawić na tym sympozjum Rudowłosy, Białobrody, czy sława sław Dragon, była wystarczającym powodem by się przemóc i przybyć na wyznaczone miejsce. Tak oto doszło do spotkania największej zorganizowanej pirackiej potęgi, jaką widział świat.
Rezydencja, w której za chwilę miało się odbyć spotkanie, biła po oczach swą wytwornością, szczegółami architektonicznymi w stylu wschodnim oraz wszechobecnym bogactwem i co najważniejsze rozmiarami. Otaczał ją wspaniały, malowniczy ogród z mnóstwem żywopłotów usłanych różami, kilkoma bardzo romantycznymi altankami, w której nie jedna dziewczyna chciałaby stracić dziewictwo, wszelką możliwą roślinnością, bogatym asortymentem kwiatów i maleńkimi drewnianymi mostami nad przymykającymi pod nimi niemal przezroczystymi strumieniami. Oczywiście klasyczny staw z karpiami również znalazł swe miejsce w tej „baśniowej krainie”. Wnętrze rezydencji było nie mniej okazałe. Piękne dywany wyszywane fantazyjnymi wzorami prosto z Alabastii, ogromne diamentowe żyrandole, które wręcz oślepiały swym pięknem, obrazy na ścianach, czy wspaniałe myśliwskie trofea zdobiące ściany. Wszystko to było wprost zdumiewające. Meble również były wysokiej klasy. Wiele z nich to antyki zakupione na światowych aukcjach. Zachwycały tak swym kunsztem i dbałością wykończenia, że wprost nie można było oderwać od nich oczu. Sala konferencyjna również była wypełniona wszystkimi tego typu dobrami. Na środku stał, o dziwo, nie wielki „prostokątny” stół po obu stronach wykończony na kształt ośmiokąta. Krzesła to poezja sama w sobie. Piękne naszycia, czy ich wykonanie sprawiały, iż osoba siedząca na nich, a zwłaszcza w takim pomieszczeniu, czuła się niczym jak członek rodziny królewskiej.
Sami gospodarze również prezentowali się bardzo okazale. Krys, mężczyzna około dwudziestu pięciu lat, blondyn z grzywką lekko zaczesaną na oczy, dżentelmen. Zawsze ubrany w elegancki, gustowny biały garniturek i do tego, aby podkreślić kolor włosów, żółty krawat. Przystojny to mało powiedziane. Oczy lekko błękitne, wspaniale komponowały się z smukłą, lecz nadal urodziwą twarzą. Figura też była niczego sobie, nie był napakowanym osiłkiem, ale na chuderlaka też nie wyglądał.
To on wszystko organizował i do niego należał akt własności, jednakże nie można zapominać o jeszcze jednej ważnej osobie. A była nią Nevis, jego młodsza o sześć lat siostra, również Schichibukai. Włosy miała długie, kruczoczarne, niczym nie splecione sięgające jej daleko za ramiona. Bardzo atrakcyjne i nader urodziwe dziewczę. Oczy również czarne, co znakomicie pasowało do jej włosów jednocześnie kontrastowało z nieco bledszą cerą. Twarz nieco smukła, kości policzkowe nie za długie, wyrazisty nosek, a z lewej strony ust mały pieprzyk, który niewątpliwie dodawał jej uroku. Wyglądała jakby nie Michał Anioł, ale sama matka natura wzięła do ręki dłuto i ją wyrzeźbiła. Nie przypominała modelki, była można powiedzieć „idealnej budowy”. Nie otyła, ale w żadnym wypadku nie anorektyczka. Nie za szerokie biodra, bardzo długie nogi, (dziewczyna miała metr siedemdziesiąt pięć wzrostu) i jędrne, acz niewielkie piersi. Ubrana była w bluzeczkę z odkrytymi ramionami, fioletową spódnicę sięgającą niemal do kolan, raz miała założony przepiękny wisiorek z diamentem w kształcie płatku śniegu zwisającym jej lekko na piersi.

Krys otwarłszy ogromne drzwi, zapraszał swych przybyłych już gości. Nevis tam nie było. Czekała już siedząc na swoim miejscu, uprzednio skrupulatnie wyliczonym przez Krysa, aby zachować bezpieczną odległość od Aiwary - babiarza, który zamiast myśleć o debacie, koncentrowałby by się na jej udach i ciągle z nią filtrował. A nasz gospodarz nie chciał, by jego piękne dywany, czy siedzenia, zostały zaplamione krwią.
- Zapraszam. Proszę się rozgościć. Tylko mi tu proszę buty zdjąć.
- No nie, tak czysto, że pierdnąć nie można – grubiańsko odrzekł Moria.
- A no nie, od tego jest toaleta – odparł stanowczo Krys.
Goście weszli do rezydencji, zdjęli buty, choć co poniektórym przyszło to z nieopisaną niechęcią. Założyli specjalnie przygotowane dla nich obuwie i przekroczyli próg salonu. „Przekroczyli” to jednak pojęcie względne.
- O kurwa! – Czarnobrody przestąpiwszy właśnie próg prowadzący do salonu się wstrzymał, gdy jego oczom ukazało się bogate wnętrze prezentujące się nad wyraz okazale - Ale przepych, muszę sobie coś takiego skołować – nie krył podziwu, a przy okazji, wcześniejszym „zdaniem” braku wychowania.
- Bardzo chcesz mieć bliskie spotkanie trzeciego stopnia ze ścianą obok? – spytała Nevis, wyraźnie urażona chamstwem mężczyzny.
- A nie, słonko, to nie było do ciebie – odparł ze spokojem, najwyraźniej źle interpretując słowa dziewczyny. Tą aż zszokowała arogancja jegomościa. Postanowiła już nic nie mówić, bo szkoda jej było strun głosowych, a szansa, iż pan stojący w drzwiach (co swoją drogą też za kulturalne nie było) prawidłowo ją zrozumie, była tak znikoma, jak wygranie w pirackiego totka.
Tymczasem przy owych drzwiach rozpoczęła się dyskusja.
- Ty, Flaming, co on odpierdala? – Moria był wyraźnie zniecierpliwiony staniem w korytarzu w czymś, co do złudzenia przypominało kolejkę.
- No właśnie się króca zastanawiam! I co to za Flamig?! – stał tuż za Czarnobrodym, więc postanowił wykorzystać sprzyjające mu okoliczności.
- Ruszysz łaskawie dupsko?! – to mówiąc Doflamingo kopnął kolegę, bo w przeciwnym wypadku pewnie stałby tak do wieczora.
Czarnobrody wyraźnie był nieprzyzwyczajony do takiego przepychu, reszta dobrodziejstwa wstąpiła w gościnne progi już bez większych komplikacji.
Aiwara, poprawił sobie grzywkę, chwycił krzesło obok Nevis, gdy w jednej chwili zastygł.
- Tam! – odezwał się dziewczęcy, ale donośny głos.
- Zechciej mi wybaczyć, ale cóż się stało, że taka słodka istotka, anioł wręcz, jest zmuszona wyciągać takie wysokie nuty? – zapytał jak wcielony duch Amora, słodko i komplementując na każdym kroku. Gracji dodawał mu różowy, (co?) elegancki garnitur i mała róża przyczepiona na piersi.
- Będziesz dyskutował? – dał się słyszeć wdzięczny lecz stanowczy głos.
Aiwara, nie miał już złudzeń. Nie będzie mu dane siedzieć obok płci pięknej. Nieco zniesmaczony zasiadł na wyznaczonym miejscu.
Goście po kolei zajmowali wyznaczone miejsca, właściwe tylko Aiwara, źle wybrał. Wszyscy członkowie Schichibukai zasiedli już na swoich miejscach. Rzecz wyglądała następująco:
dwa krańce stołu, po jednej stronie Krys (od strony drzwi) po drugiej teoretycznie miejsce dla Dragona. Na skosie po stronie lewej Krysa, Nevis, a po jego prawej Doflamingo. Następnie przechodzimy do dwóch prostopadłych linii stołu, gdzie po Nevis zasiadł Mihawk i Moria, a od Doflamingo, Czarnobrody i Aiwara. Dzięki temu ułożeniu tych najbardziej frywolnych Krys miał na wszelki wypadek pod ręka, a Aiwara, znajdował się w bezpiecznej odległości od jego siostry. Zadowolony z ułożenia mężczyzna nie wiedział jednak jednego. Otóż, niegrzesząca urodą dziewczyna, była obiektem westchnień Sokole Oko. Ona zaś traktowała go co najwyżej jako dobrego kolegę. Szermierz bowiem nie pierwszy raz u nich gościł. Znali się dobrze, czasem wspólnie trenowali. Mihawk, wiedział, ze ona nie darzy go takim uczuciem, jakiego pragnął. Niemniej był za nią gotów skoczyć nawet w ogień. Za wielkich szans u niej nie miał, ale się nie poddawał i wierzył, iż pewnego dnia pobiorą się w jednej z największych i najpiękniejszych altanek w malowniczym ogrodzie owej rezydencji. A następnie podczas nocy poślubnej, w tym samym romantycznym miejscu zdejmie z niej okowy dziewictwa. Sokoleoko zgodził się tu przybyć tak naprawdę właśnie przez wzgląd na nią. Nie był zainteresowany „podbojem świata”, czy czymś tego pokroju. Spotkanie Białobrodego czy Shanksa, którego widywał nader często również niespecjalnie go motywowało.
- Dobrze – zaczął Krys – zanim przyjdą honorowi goście pozwolę sobie przeprowadzić szybkie, lecz niezwykle istotne głosowanie.
- Po kiego? – Moria oczyszczał sobie w wyjątkowo obcesowy sposób drogi oddechowe.
- Żebyś się pytał! – wydarł się Doflamingo.
- Dajcie mu powiedzieć – dał się słyszeć ujmujący dziewczęcy głos.
Chwila nie minęła i zrobiła się cisza jak makiem zasiał. Mysz pod miotłą nawet się nie umywała.
- Więc jak już wspomniałem przeprowadzimy głosowanie. Sprawa jest prosta. Będzie ono dotyczyło wystąpienia z Schichibukai i stworzenia nowej grupy, której cele jak i samą nazwę wyjawię po pomyślnym głosowaniu. A więc słucham. Kto jest za: Zrzuceniem obroży! Ma dość określenia „rządowy pies”! Połączeniem naszych sił i stworzeniem przepotężnej grupy, która zatrzęsie w posadach Światowym Rządem?! - przemowa, choć na początku się na to nie zapowiadała, była bardzo płomienna. Trzeba przyznać, iż nieco narzucała jego wolę, ale liczył się efekt.
- Teraz proszę krótko tak/nie.
Krys miał dar przekonywania i coś w sobie. Po kolei każdy usłużnie zaczął odpowiadać. Kolejka leciała od Krysa przez Nevis, zataczając kółeczko, które kończyło się na Doflamingo. Sokole Oko był wdzięczny bogom za swoją miejscówkę. W sam raz, bo przed Nevis, a on przecież nie mógł wybrać inaczej jak ona. Rachunek wyglądał następująco: dwa razy „nie” i pięć na „tak”, a więc wszystko stało się jasne. Aiwara oczywiście był „za” połączeniem, bo to oznaczało możliwość rychłego ponownego spotkania z przecudowną istotą, którą na tę chwilę, była Nevis. Przeciw byli tylko Moria i Doflamingo, którzy za nic w świecie nie mogli sobie wyobrazić wzajemnej współpracy.
- No dobra – zabrał głos Moria – to teraz z łaski swojej nas oświeć, co i jak. – Mroczny pan, wydawał się być bardzo zainteresowany tematem. Nie chciał połączenia, ale chciał usłyszeć co Krys ma do powiedzenia. Czuł podświadomie, że będzie mowa o wielkich rzeczach, które mogą zupełnie odwrócić porządek na świecie. Z niecierpliwieniem czekał na odpowiedź.
- Zaiste, nastąpiła odpowiednia pora. Postanowiłem, iż cele zdradzę dopiero, gdy będą już wszyscy. Nie widzę sensu, się powtarzać. To zresztą tylko moje sugestywne propozycje i nie musicie się do nich dostosowywać. Natomiast, co do nazwy, postanowiłem, iż wspólnie o niej zadecydujemy. Choć zapewne myślicie, że kreuję się na lidera, to chciałbym wam powiedzieć, iż w rzeczywistości pragnę, aby ważniejsze decyzje, jak właśnie nazwa naszej grupy, nie zależały od pojedynczej jednostki, ale były efektem współpracy wszystkich zainteresowanych. – Piękne słowa, jednak były one tylko przykrywką. Krys miał nadzieję, coś wykombinować w czasie głosowania, niestety na nic specjalnie błyskotliwego nie wpadł. Nie mógł przecież jednak się zdradzić. Tymi słowami udowodnił, iż nie jest lekkomyślnym dowódcą, ale idealnym strategiem, wybierającym jak najwłaściwsze rozwiązania. Nikt nawet się nie domyślił, ze było inaczej.
- Jakieś propozycje panowie? Jestem przekonana, że nie brak wam intelektu i wspólnie na pewno wymyślimy wspaniała nazwę – dziewczyna rozpoczęła dyskusję, fałszywie komplementując, a pod koniec słodko uśmiechając się do zgromadzonych.
Choć pozornie było to nie istotne, kto i jak rozpocznie, odegrało to niesłychanie istotną rolę. Mówiła bardzo przekonująco, a jej słowa były niemal jak zastrzyk pozytywnej energii. Panowie uraczeni słowami pięknej Nevis od razu wzięli się do roboty. Osiągnęła dokładnie taki efekt jak zamierzała. Niestety mieli momentami chore pomysły, co gorsze z goła inne. Moria stawiał na coś z Kuroi (jap. „czarny”) , Mihawk chciał by miało to jakieś znaczenie, Krys by miało sensowną genezę itp. Burza mózgów jednym słowem.
- Wiem! – odezwał się Aiwara – Wasure! – Koniecznie chciał zaimponować koleżance.
- To żeś wykombinował. Długo nad tym stękałeś? – pogardliwie i nieprzychylnie odparł Doflamingo.
- Ale zobacz, jest tajemniczość, symbol, o genezie nie wspominając.
- No niby jest – do dyskusji wtrącił się Krys – ale to strasznie tandetne. Nazwa taka jak wyspa.
Ogólnie pomysł zanegowano i znów zaczęło się główkowanie. W prawdzie poleciała kolejna propozycja „ Shichikage”, ale wszystkim zdecydowanie za bardzo kojarzyło się to z pomysłodawcą.
- Będziemy tak myśleć do usranej śmierci. – Dla Czarnobrodego, wysilanie szarych komórek nastręczało wyraźnie nie małych trudności.
Gdy już wydawało się, iż wszyscy dobili już do swego limitu i więcej nie dadzą rady wymyślić, padła nowa propozycja.
- Midoriou! – wyskoczył nagle szermierz – "Midori" to „zieleń”, więc będzie wskazywało na genezę. To w końcu tropikalna wyspa. Natomiast „Ou”( jap. „król”) jako określenie nowych władców. Co o tym sądzicie? – Sokole Oko był niesłychanie dumny ze swego pomysłu. Sam paw mógłby mu teraz chylić czoło.
- No ja wiem, głupie nie jest. No i uzasadnienie konkretne - odrzekł Krys zadowolony, że głowiąc się nad nazwą, zwrócono uwagę nie tylko na brzmienie, ale genezę i jakiś głębszy sens. Nie był to może coś wybitnie genialnego, ale z pewnością była to jak dotąd, najlepsza propozycja.
- Przemyślane i ma coś w sobie – Nevis pochwaliła i w sensie niejakiej „nagrody”, mrugnęła do niego lekko okiem. Mihawk się zmieszał i zaczął coś do niej mówić pod nosem, ale totalnie go zagłuszył Czarnobrody.
- A mnie się nie podoba!
- A ja mam to serdecznie w dupie - odpowiedział mu niekulturalnie Moria – jak masz lepsze, to wal, a jak nie to morda i szczekaj jak rozkażą. Kishishishishishishi
- Ty Moria też się zamknij – Krys postanowił znowu przejąć inicjatywę - To co? Wszyscy się zgadzają? – spojrzał na Czarnobrodego, który wymownie gestem założonych rąk na siebie, wyrażał swój sprzeciw – znaczy, czy większość się zgadza?
Tu obyło się bez fanaberii i wspólnie zadecydowano, iż od teraz będą się nazywać - „Midoriou” . Następnie nastąpił czas strawy i oczekiwania. Aiwara próbował flirtować na odległość z Nevis, lecz próżny był jego trud. Moria siłujący się, z kim popadnie na pięści, skutecznie ją zasłaniał. Próbował ją dotknąć pod stołem, podchodząc, zagadać osobiście, pisać wiersze, wszystko na nic. Dziewczyna nie zwracała na niego najmniejszej uwagi, natomiast Krys wręcz przeciwnie. Co więcej Nevis, pod pretekstem nowej nazwy, postanowiła nieco lepiej poznać szermierza, z czego ten był niezmiernie rad. I tak sobie mijał czas po czym zaczęło się robić ciszej, nieco bardziej skupiono się na jedzeniu niż rozmowie, aż nastała cisza przerywana nerwowym stukaniem palcami o blat stołu przez Flamingo. Wreszcie nie wytrzymał.
- Hej! Ile my tu mamy jeszcze króca siedzieć?!
Gospodarz spokojnie odparł:
- Doszły mnie słuchy, iż Białobrody i Rudowłosy dotarli już na wyspę. Niebawem powinni do nas dołączyć – w tym momencie podniósł głos - Więc zamknij z łaski swojej jadaczkę i czekaj!
- TY! Ty mi każesz czekać?! – oburzył się pirat.
- Jak widzę psy już zaczęły szczekać - odparł pod nosem Mihawk, ale zrobił to w takim stylu, iż jego słowa dotarły do uszu niemal wszystkich zgromadzonych osób.
- Nazywasz mnie psem?! – zdenerwował się Doflamingo – Już ja ci…!
Nagle dał się słyszeć odgłos otwieranych drzwi. Do sali wszedł Białobrody, a tuż za nim Shanks. Szli w pełni dostojeństwa niczym szlachta zachodząca do obory. Rozmowy natychmiast ucichły. W pomieszczeniu dawała się odczuć ich potężna aura.
- Panowie - przywitał ich gospodarz – Dziękuję za Wasze przybycie, ale chciałbym byście się troszkę opanowali. Szyby mi lecą!
- A, sorka sorka. – odparł Shakns i zupełnie się wyciszył.
- Niech będzie… - Białobrody też stłumił swą moc. Następnie obydwoje zasiedli dokładnie tak jak zaplanowano. Od Mori na ukosie Shanks, a od Aiwary Białobrody.
Następnie gospodarz wstał podszedł do szafki, z której wyciągnął dwie butelki wytwornego wina, uprzednio przyniesione z piwnicy (najlepszy rocznik). Ustawił przed każdym kryształowy kieliszek i nalał znamienitego trunku. Następnie powrócił na swoje miejsce, by rozpocząć właściwą część zebrania. Ku jego niezadowoleniu, w niezbyt dobrym stylu rozpoczął Białobrody.
- Hohoho! Cóż to za święto dziś mamy? Gratuluję Krys, że udało ci się zebrać tę całą marynarską psiarnię w jednym miejscu.
- Hę? Co tam wypaplałeś? – zapytał odprężony Moria „oczyszczając jamę nosową”.
- A jak was inaczej nazwać? Straciliście swój honor i daliście sobie założyć rządową obrożę. Hahaha – odparł na koniec głośno się śmiejąc.
Doflamingo pomyślał sobie to samo, co Czarnobrody i Moria, którzy byli wysoce wyczuleni na słowo „pies” i jemu pochodne: Pal sześć jak on jest potężny, zaraz nauczę go szacunku!
- Hahaha – zaśmiał się również Shanks, popijając wytworny trunek, osobiście nalany przez gospodarza.
Nasza znajoma trójka: [/i]Temu też spuścimy wpierdol po naradzie[/i]. Czarnobrodemu na samym myśleniu jednak nie poprzestał i totalnie zdegustowany brakiem, w jego mniemaniu, należytego szacunku wykrzyczał:
- Możecie się już zamknąć?!
- Nie najlepiej się zaczęło - westchnęła Nevis i oparła na swej dłoni podbródek.
- A czego innego mielibyśmy się spodziewał - odparł cichutko siedzący obok niej Mihawk. Chętnie zacząłby od „kotku”, ale wiedział, iż relacje na te chwilę ich łączące, jeszcze długo nie będą na to pozwalały (o ile w ogóle).
- A gdzie Dragon? – spytał rzeczowo jak się tylko da Aiwara.
- Właśnie – rozsiadł się wygodnie Białobrody.
- Mówił – zaczął Shanks – że ma coś do załatwienia i chyba jeszcze „ Nie chcę mieć z tymi śmieciami nic wspólnego” i...
- Starczy - odezwał się Białobrody. – Powiedzcie lepiej, po co mnie tu ściągnęliście. Białobrody tak po prawdzie też nie chciał tu przybyć. Jednak, ponieważ Krys był jego dobrym przyjacielem, nie mógł mu odmówić. Tym chętniej, rychło chciał poznać powody zaproszenia go tutaj. Istotne jest tez to, iż jeszcze bardziej, ciągnęło go do jak najszybszego opuszczenia tego zebrania.
- W takim razie pozwolę sobie zabrać głos, gdyż to ja jestem inicjatorem całego tego zamieszania – Krys powstał z honorowego siedzenia. Był niepewny siebie. Wiadomo, jego przemowa była kluczowym aspektem spotkania. To od niej zależało, czy zjedna sobie największe potęgi tego świata. Nie było już jednak odwrotu. Zaczął więc nie przedstawiając od razu szczegółów, ale wprowadzając delikatnie znamienitych gości w arkany jego planu.
- Wyda wam się to może nieprawdopodobne i być może uznacie to za chory pomysł, ale my Schichibukai, mamy dość rządcowskiej ogłady i połączyliśmy swe siły, co jak sam Białobrody zauważył łatwe nie było, by przeciwstawić się Światowemu Rządu. Od dziś już nie jesteśmy ”siedmiorgiem władców”, jesteśmy „Midoriou”.
- Hahaha – nie mógł powstrzymać się od śmiechu Shanks – Kto by przypuszczał, że wielkich siedmiu bogów połączy swe siły. Hahaha. – Shanks był nader rozbawiony nowo zasłyszanymi informacjami, które mimo wszystko nadal wydawały mu się, co najmniej, mało prawdopodobne. Wiedział nie od dziś, iż Schichibukai stanowią typki, które wolą działać na własną rękę. Nigdy wszak nawzajem sobie nie pomagali. Nawet jak Moria dostawał baty, nie chciał by mu pomóc. Nie szydził z nich, ale w połączeniu z trunkiem, którego notabene wypijał duże ilości, niezmiernie go to bawiło.
- Tak cię to śmieszy?! – zirytował się Doflamingo. Jego złość po części wynikała z tego, iż Rudowłosy miał rację, a on sam nigdy nie uważał, by sojusz był dobrym pomysłem. Cóż jednak miał do powiedzenia skoro został przegłosowany? Pozostawało mu tylko bronić wspólnej idei z nadzieją, że nie będzie tego żałował.
- Spokój! – Krys podniósł na wszystkich głos, nie przymierzając, koncentrując się zwłaszcza na Doflamingo. Nastała cisza, wszak z gospodarzem się nie dyskutuje.
- Pozwolę sobie wrócić do mojego wykładu. – Pozostała mu najtrudniejsza część; przekonać swych gości do sojuszu. Nie mógł sobie pozwolić na dłuższą pauzę i zebrawszy w sobie pozytywną energię kontynuował:
- Midoriou dysponuje ogromną siłą, jednak większość z nas nie może się równać z przeciwnikami takiego kalibru jak Wy. – Tu trochę przysłodził, wiedział, iż Schichibukai są w stanie ich pokonać, ale to by była wyniszczająca wojna domowa. Marynarka bez trudno rozwaliła by niedobitków. - Dlatego pragnąłbym z całego serca byście się do nas przyłączyli. Bylibyście nieocenionym dla nas wsparciem. Głęboko wierzę, iż nasze wysiłki nie pójdą na marne – od tego momentu podniósł głos, mówiąc niczym zawodowy orator - Razem, na pewno nam się uda! Zwyciężymy! Pokonamy Marynarkę!!!
Nastała cisza. Takiej przemowy to nawet koledzy Schichibukai się nie spodziewali. Nawet ci bardziej sceptyczni byli pod wrażeniem. Przemowa zrobiła wrażenie nawet na Yonkou.
Krys w duchu dziękował sobie, iż nie wyznaczył do tego zadania (tak jak początkowo było ustalone) Czarnobrodego, który nie wiedzieć, czemu, bardzo chciał poprowadzić to spotkanie. Milczenie przerwał głos Białobrodego.
- Dobrze, to już coś wiemy. To teraz mi jeszcze powiedz, jakbyście widzieli moją pomoc?
Krys nie krył radości wynikającej z zainteresowania sprawą samego „króla”. Jednak to nie był czas na spoufalanie, pan pyta to sługa odpowiada (choć nie przepadał za takim zestawieniem ról.)
- Zakumulujemy wszystkie dostępne siły i zaatakujemy na Główną Bazę. Jednak musimy uzbroić się w cierpliwość. Zanim to nastąpi, dobrze by było nieco przerzedzić szeregi wroga. Wielu potężnych piratów, zostało pojmanych - tu znowu podniósł ton – przez marynarską elitę! Głównie przez admirałów, posiadających wyjątkowe zdolności. Uważam, iż byłoby nam wysoce na rękę usunięcie, choć jednego z nich jeszcze przed główną batalią.
Widać było, iż Krys jest urodzonym przywódcą. Jego słowa były charyzmatyczne i pełne siły. Powodowały, iż w zebranych, zaczynał wstępować duch walki. W niektórych zapłonął taki ogień, że najchętniej już by zaatakowali Marynarkę. Wśród tych gorących emocji i podniecenia, niestrudzenie przepływały słowa gospodarza.
- Co więcej, dobrym posunięciem byłoby uwolnienie więźniów przetrzymywanych w Impel Down. To ścierwa i większość z nich nie jest warta funta kłaków. Jednakże – i tu uśmiechnął się do wszystkich – nie wiem jak wam, ale dla mnie jest ujmą walczyć z tą całą marynarską zarazą. Tak to się nawzajem płotki powybijają i problem z głowy. – Ta część nie była bez znaczenia. Doskonale zdawał sobie sprawę, iż niejeden z przetrzymywanych tam więźniów dysponuje ogromną mocą. Chciał jednak uwydatnić różnicę miedzy nimi, a zebranymi w rezydencji gośćmi. Pokazać, że przemawia do wybranych, tych pod każdym względem „naj”. Celowo więc umniejszał wartość więźniów, podnosząc tym samym wszystkim morale.
- Chciałbym też zaznaczyć, iż w Impel Down jest przetrzymywany wielki pirat – Ace, który z pewnością nie powinien był tam się znaleźć. To dla niego obraza! Naszym obowiązkiem jest, tak zacnego pirata, uwolnić z okopów niewolnictwa! – Tymi słowami, miał zamiar ponad wszelką wątpliwość zjednać sobie Białobrodego. – To jak towarzysze? Pomożecie?!
Białobrody nie krył podziwu zmieszanego z zadowoleniem:
- Podoba mi się twoje zdecydowanie. Gratuluje też wybitnie udanej przemowy. Podziwiam również to, iż udało ci się zebrać tu wszystkich obecnych, a nader niezwykłym osiągnięciem jest namówienie ich wszystkich – rozejrzał się po sali zaznaczając, iż chodzi mu o Schichibukai – do współpracy. Hohohohoho, zaprawdę niezwykłe. – Białobrody mówił szczerze. Każde jego słowo było esencją tego, co działo się w jego myślach. Teraz już nie żałował, iż tu przybył. Właściwie nie miał już wątpliwości. – Niech wam będzie! Ja Białobrody zawiązuję z wami sojusz!
- A ja nie – totalnie rozbroił towarzystwo Shanks.
Krys już był w siódmym niebie, myślał, że dokonał podwójnego cudu naraz. Jeszcze dobrze się nie nacieszył pozytywnymi słowami przedmówcy, a tu jakby mu spadły dwie tony na głowę.
- Ale czemu ? Weź to jakoś uargumentuj – Białobrody był rozczarowany kolegą.
- Hmm, no dobra ale jest jeden warunek.
Wszyscy odetchnęli z ulgą, Mihawk i kilka inteligentniejszych osób od razu wyczuło, że Shanks się wcześniej zgrywał. Mieli mu to za złe, ale już nie chcieli tego przedłużać.
Oczywiście niektórzy powstrzymać się nie mogli.
- No jeszcze mi tu będzie warunki dyktował – Czarnobrody walnął pięścią w stół.
- Czekaj! – odezwał się dotąd nie zabierający zbytnio głosu Aiwara – Powiedz, czego żądasz? - spytał kulturalnie mając nadzieję, iż uda im się pozyskać drugiego z Yonkou, a co najważniejsze względy Nevis. Jednakże rozumiał też wagę samej sprawy. Czuł, że są o krok od zwycięstwa i nie chciał, by Czarnobrody swym zachowaniem zniechęcił Rudowłosego.
- Hmm – wyciągnął się „chwilowy pępek świata” i uśmiechnął w stronę Krysa – No... - popatrzył chwilę w górę i podrapał się w zamyśleniu po brodzie. Następnie swój wzrok skierował w stronę jedynej, zaszczycającej męskie grono swą obecnością niewiasty – Jeśli ta młoda dama, spędzimy ze mną upojną noc, to się zgodzę.
Nevis absolutnie zatkało. Zarumieniła się.
- Co?!!! – jej brat i Mihawk wykrzyczeli z oburzeniem.
- Po moim trupie! – niezwykle zwięźle zanegował swoją niezgodę szermierz. Mało go to teraz obchodziło, jak wytłumaczy swe zachowanie przed gospodarzem czy Nevis. Wszak obaj nie zdawali sobie sprawy, co Sokole Oko do niej czuje. Zawsze jednak mógł się wykręcić słowami: prawdziwy dżentelmen nigdy by na coś takiego nie pozwolił. Jednak w tym momencie mówimy o odruchu, instynkcie obrońcy. Dobył swego miecza. Zaczęło się robić gorąco.
- Moją siostrę?! – Krys nie krył zdziwienia, a jednocześnie urażenia tupetem gościa. Do głowy przychodziła mu tylko jedna myśl Zabić skurwysyna! Krys się jednak uspokoił, nie mógł pokazać jako dowódca, że emocje wzięły górę nad rozsądkiem.
- To był tylko taki niewinny żarcik – tym samym nieco uspokoił towarzystwo - Myśleliście, że co? Że ja naprawdę… – zrobił małą pauzę by uchylić się przez ciosem Mihawk, którego najwidoczniej wyprowadził z równowagi – No co wy, nigdy bym czegoś takiego nie zaproponował. Nie to żebym odmawiał urody koleżance – puścił do niej oczko, tym samym znów był zmuszony uniknąć kolejnego ciosu, czerwonego ze złości szermierza - A wy myśleliście… - zakrył lekko usta ręką, ale nie wytrzymał – Hahahaha!
- Hahaha – zawtórowała za nim dziewczyna - W zęby? – rozwścieczona dziewczyna z impetem postawiła nogę na stole i skierowała pięść w stronę rozbawionego gościa.
- Uu co za temperament – zagwizdał Czarnobrody.
- Opanuj się siostro! – Pochwycił ją na wszelki wypadek brat. Znał ją. Wiedział, że zła jest gotowa doprowadzić do takiego stanu rezydencję, żeby nie pozostał nawet kamień na kamieniu. – Shanks, tylko sobie żartował, prawda? – rzucił wymowne spojrzenie w jego stronę.
- Tak, tak… Przecież mówiłem. Przepraszam Nevis, jeśli cię uraziłem. – Shanks nie grał. Widział, że Krys cienko sobie radzi, a dziewczyna jak tylko się uwolni, niczym wulkan rzuci się na niego z pięściami. Nie znał Schichibukai dobrze, ale słyszał co nieco o niej i wolał nie dolewać oliwy do ognia. W końcu nie na darmo jest jednym z nich. - pomyślał.
Szczere słowa Shanksa całkowicie udobruchały dziewczynę. Uspokoiła się i wróciła nieco zawstydzona na swoje miejsce. Trzeba przyznać, iż rumieniec dodawał jej uroku. Shanks był przystojny i mogłoby coś z tego może nawet wyjść, ale nie mogła dać tego po sobie poznać. Nie przed bratem, który był dla niej jak ojciec. To jednak, o dziwo, nie skreślało Rudowłosego u niej z listy potencjalnych kandydatów. Jednakże teraz zaczęła się zastanawiać nad całą sytuacją. To, że mój starszy brat stanął w mojej obronie rozumiem. Ale czemu Mihawk był taki wściekły? Nie mogła znaleźć jednak na to pytanie odpowiedzi. Co ważniejsze nie było na to teraz czasu.
- Skończ te gierki i odpowiedz wreszcie – nagle wykazał jakieś większe zainteresowanie sprawą Moria. Był wyraźnie zniecierpliwiony, a i żart Shaksa go nie bawił. - Ja tam nic do twoich „zainteresowań” czy „zabaw” nie mam, ale mamy tu ważne spotkanie, a nie schadzkę w ciemno.
- No właśnie - rzucił rzeczowo Aiwara – Przyłączysz się czy nie?
- Sorka, ale nie – mówiąc to podniósł się i wstał od stołu.
- Bo Nevis ci dupy nie da? – grubiańsko wtrącił Moria. Poskutkowało to natychmiastowym kopem pod stołem (żeby było nieco dyskretniej) Mihawka.
- Haha… – Carnobrody już zaczynał się śmiać, gdy nagle zobaczył dwie pary przeszywających go do szpiku kości oczu. Postanowił więc sobie darować. Tymczasem Shanks, aby nie burzyć sensu rozmowy i dodatkowo oczyścić się z zarzutów odpowiedział na pytanie Morii.
– Nie, nie dlatego. Przestańcie już z tym. Nie ma to nic do rzeczy. Takie mam zasady – odparł i skierował się ku wyjściu – Nie martwcie się, nie puszczę farbki – uśmiechając się rzucił na odchodnym i zniknął za drzwiami.
- Zabijcie go – sformułował lakoniczną acz konkretną wypowiedź pozostały z Yonkou.
Sala się poruszyła. Nie wiedzieli, co odpowiedzieć. Milczenie oznaczało jednak niezdecydowanie, a ono słabość, która była niedopuszczalna w szeregach przyszłych „królów świata”
- Ale po co? – spytał delikatnie Aiwara – Wiadomo, że nie nakabluje.
- Po jajco! – wydarł się Flamingo – Kto nie jest z nami jest przeciw nam!
- Kolega dobrze rozumuje mój punkt widzenia – pochwalił Biały. – Przy okazji pokażecie, że te cyferki na waszych listach gończych nie znalazły się tam przypadkiem.
- Ja się nim zajmę! – w zgłosił się natychmiast Czarnobrody.
- Świetnie, odpokutujesz przy okazji Ace’a.
Czarnobrody się lekko zmieszał. Doskonale wiedział, iż to za jego sprawą prawa ręka „krola piratów” gnije teraz w więzieniu.
- Czekaj! – powstrzymał wychodzącego już kolegę Doflamingo – To jest Yonkou, czemu trochę by szczęściu nie pomóc? - uśmiechnął się złowieszczo. No to co, idziemy się zabawić?
- Pewnie będzie przechodził koło naszej „atrakcji”, miło go tam przywitajcie – dodał Krys by okazać zdecydowanie i chęć grupy, która delikatnie mówiąc miała to w nosie.
Sokole Oko targnął wir, wspólnie się zazębiających myśli: Iść pomóc? Im, czy może Shanksowi? Nie… Nie za to co dziś powiedział. Z drugiej strony, to jest jego życie, nie jestem jego niańką, a wielkimi kumplami też nigdy nie byliśm. Postanowił więc nie ruszać się z miejsca.
- Dobra, to idziemy! – Czarnobrody aż się palił do działania.
- Szczęść Boże - sarkastycznie odparł Białobrody, który najchętniej widziałby go martwego.
Nasz król mroku poczuł się jakby stał po niewłaściwej stronie barykady.
- Nie trykaj, stary! – strzelił mu koleżeńsko w plecy Doflamingo –Damy radę! Mam plan! Zobaczysz, pójdzie jak po maśle!
- No dobra, to na razie ziomki. Słonko –zwrócił się jeszcze do Nevis - czy można liczyć później na odprężający masaży sam na sam?
- Chyba śnisz! - odpowiedź dziewczyny nie pozostawiała wątpliwości.
- Ech, no nic, to narka – to mówiąc znikli za zamykającymi się jeszcze za nimi drzwiami.
  Komi: Mój skromny ficzek...
Sorasek, za to, że to tyle trwało, 6 część będzie już szybciej ale wiecie ja się nie rozdwoj, albo nawet na 3 najlepiej by było się podzielić. Jeszcze raz pragnę podziękować Vampirci za korektę. Z tytułami u mnie najciężej, trudno. Tak więc zapraszam czytelników do zapoznania się z kolejną częścią "Ostatniego Starcia".

Cz 5 : "Propozycja nie do odrzucenia?"

Krys po wyjściu kolegów przemówił do Białobrodego na forum zebranych.
- Dzięki, że się powstrzymałeś.
- Bardzo cię szanuję, a twój ojciec wiele dla mnie zrobił, nie chciałem ci tego planu zepsuć.
- Wolałabym, by ten owłosiony nie wrócił. – Nevis, obróciła szybko głową na bok i zamknęła z oburzeniem oczy, co jasno wskazywało jej głęboką niechęć do Czarnobrodego. – Cham i tyle.
- Hohoho. Już cię słonko lubię! Hohoho! – Białobrody zaśmiał się pełną piersią, będąc uradowanym i mile zaskoczonym tym, że oprócz niego, ktoś jeszcze nielubi tego łotra – Czarnobrodego.
Aiwara, choć chciał znów spróbować zagadać do dziewczyny, został skutecznie powstrzymany tematem dyskusji, powziętym przez Białobrodego, który to chciał się więcej dowiedzieć o działaniach marines, a że Aiwara wcześniej do nich należał, to ku rozpaczy flirciarza, był idealnym interlokutorem. Nevis już nie rozmawiała, znudziło ją to siedzenie i oczekiwanie, toteż Mihawk wymyślił grę słowną. Dziewczyna początkowo niechętna, postanowiła z braku laku wziąć udział. Ku niezadowoleniu szermierza, do gry dołączył również Moria. I tak oto gościom oraz gospodarzom mijał czas, a jego upływ, umilał wyborny trunek, który w drastycznym tempie znikał ze stołu. Nieświadomie, z coraz większym podnieceniem oczekiwano na powrót „bohaterów”. Minęła godzina.
- Kishishishishi, pewnie ich rozjebał na amen.
- Trochę kultury! – Nevis oburzyła się nieuprzejme wyrażeniem gościa.
- Sorcia – kiwnął wyluzowany ręką. – Chciałem to tak ująć, no wiecie. W obrazowy sposób. Kishishishishi.
- Nie mów tak – ozwał się spokojny, poważny głos gospodarza. – Pewnie lada moment wrócą.
Nagle drzwi się otworzyły. Do Sali „wszedł” zakrwawiony Doflamingo. Miał cięte rany na nogach i rękach, mocno krwawił, szczególnie z klatki piersiowej. Aby nie dopuścić do wykrwawienia, przycisnął sobie ranę koszulą Shanksa. Dodatkowo uciskał to miejsce ręką. Koszula, choć początkowo biała, wyglądała jak czerwona szmata. Otworzył usta, już miał coś powiedzieć, gdy w ten przerwał mu Krys.
- Wytrzyj się najpierw, bo mi pobrudzisz dywan!
Doflamingo stanął jak wryty. Z całą pewnością nie takiego powitania się spodziewał.
- No bardzo, kurwa, przepraszam! – odparł bez wahania, nie mogąc opanować złości, która w jednej chwili go całego wypełniła, wyraźnie zaznaczając akcent w każdym z wypowiedzianych słów. - Może wyjdę?! To ja tu wracam, po ciężkiej walce, cudem wręcz! A tu jak się mnie traktuje?! No jak się kurwa pytam?!
Nevis podbiegła szybko do szafki i wyjęła apteczkę, Krys w tym czasie wyciągnął zapasowy materac i dwa ręczniki. Doflamingo tylko zmierzył go wzrokiem, nic nie odparł. W głowie kłębiły mu się tylko zbitki wszelkich wulgaryzmów, jakie do tej pory było mu dane poznać. Czuły dotyk dziewczyny, szybko wyplenił wszelką złość z jego ciała. Usiadł na specjalnie przygotowanym materacu, a Nevis zaczęła go opatrywać.
- Uważaj bo mi pobrudzisz dywan! Kishishishishi.
Gdyby nie to, iż Flamingo znajdował się w tej chwili pod czułą opieką Nevis, pewnie dziewczyna miałaby już drugiego pacjenta. Moria ciągnął w najlepsze.
- Krys aleś mu do… – tu się zatrzymał, po czym zmienił nieco końcówkę i odparł – dowalił, stary rządzisz!
- Szkoda, że to nie ja poszedłem, ech… - rozmarzył się Mihwak, chcąc znaleźć się w tej chwili na miejscu pacjenta.
- A gdzież to masz swojego kamrata? – Biały, czuł wewnątrz siebie głęboką nadzieję, że już nie będzie musiał więcej oglądać twarzy tego łotra. Nie chciał jednak zapeszyć i nadal, gdyby tylko pojawił się Czarnobrody, był gotów skoczyć do drzwi i ukrócić jego cierpienie.
- Nigdy bym nie przepuszczał, że będzie aż tak ciężko. Niestety, Czarnobrody nie przeżył… Ze straszliwą raną na klatce piersiowej, spadł ze skarpy…
To było dokładnie to, co Białobrody chciał usłyszeć. Próbował się opanować, lecz jego mimika idealnie zdradzała zadowolenie z takiego obrotu sprawy. Krys obawiając się, że ktoś zacznie coś podejrzewać, wyczyta tą niechęć pozostałego członka Yonkou do Czarnobrodego, postanowił wygłosić pożegnalną mowę ku chwale poległego członka Midoriou.
- To dla nas wielka strata towarzysze! Czarnobrody, choć porywczy i gwałtowny, był naszym zacnym kompanem. Głęboko żałuję – tutaj na chwilę zarwał głos – że nie było mi dane go lepiej poznać. Z pewnością był tego wart! Jego siła, nie miała sobie równych. Ten, który jeszcze nie tak dawno jadł wraz z nami i wspólnie żartował, odszedł… Jakże to niepowetowana strata. Był naszym przyjacielem i takim go zapamiętajmy. To, że nie siedzi tu teraz z nami, wcale nie znaczy, że go wśród nas już nie ma. Na zawsze pozostanie w naszych sercach. A teraz! Drodzy bracia i siostro, uczcijmy – tu znowu bardzo mocno podniósł głos - jego pamięć, minutą ciszy…
Wszystkich bardzo poruszyły słowa dowódcy, jakim nieformalnie był Krys. Nawet Białobrodego. To jednak wcale nie zmieniało faktu, że wiadomość o śmierci Czarnobrodego skutecznie podnosiła mu poziom zadowolenia. Co więcej, jeszcze godzinę temu obawiał się, że będzie musiał zepsuć piękne plany przyjaciela i własnoręcznie wymierzyć Czarnemu karę śmierci. Teraz mógł odetchnąć z ulgą, sprawiedliwość sama go dosięgła.
- Tym smutnym akcentem kończymy nasze zebranie. Mam nadzieję, że ogień, który zapaliłem w waszych sercach nie zagasł, a wręcz przeciwnie, na myśl o naszym poległym kamracie zapłonął jeszcze mocniej! Dziękuję wszystkim za przybycie – przerwał i ukłonił się nisko. – Jestem wam dozgonnie wdzięczny.
Goście, oprócz Białego i Doflamingo, zaczęli się zbierać do wyjścia. Biały chciał zostać nieco dłużej u swego przyjaciela. Stan ocalałego z morderczej bitwy Doflamingo nadal był daleki od poprawnego, toteż, zaproponowano mu by został na kilka dni. Sokole Oko, choć niechętny planom podboju i przejęcia władzy, był bardzo zadowolony z wizyty. Po raz pierwszy udało mu się tak długo prowadzić rozmowę z panienką. Podczas swych przyjacielskich wizyt głównie rozmawiał z Krysem, natomiast Nevis rzadko zabierała głos. Tym razem było inaczej. Dzięki temu, w sercu szermierza, pojawiła się nadzieja na to, iż jego wybranka, kiedyś odwzajemni jego uczucie. Aiwara ucałował, ku niechęci dziewczyny jej dłoń i tak jak reszta, opuścił willę.

Statek Słomianych Kapeluszy.

- I tak to wyglądało. Nie ma więc żadnych wątpliwości, że za śmierć Shanksa, odpowiedzialny jest Doflamnigo i Czarnobrody.
Nastała cisza, raport wiceadmirała zrobił na wszystkich ogromne wrażenie. Luffy, poczuł głęboką nienawiść do całego zgromadzenia Midoriou. Również do Białobrodego, który to przecież był „zleceniodawcą” tegoż morderstwa. Przez dłuższą chwilę nie mógł pozbierać myśli. Tymczasem Garp kontynuował wypowiedź.
- Odkąd Marynarka o tym wie, schwytanie zdrajców jest tylko kwestią czasu. Póki co Moria już siedzi w Impel Down. Jednakże… nasze siły znacząco się uszczupliły. Właściwie, z Schichibukai został nam już tylko ten robot stworzony przez Vegapunka…
- Bartholew Kuma - cała załoga wypowiedziała jego imię jednocześnie ciężko wzdychając. Świeżo mieli w pamięci akcję na Thriller Bark, podczas której o mało co nie zginęli. Największy ciężar w głosie dał się odczuć oczywiście od Zoro, który to dzięki Kumie dosłownie, zaznał smaku prawdziwego piekła.
- Z tego, co udało nam się ustalić – staruszek wrócił do swego wątku – to do gazet, czy do opinii publicznej, nie dotarły te informacje i grupa Midoriou oraz jej pierwsze spotkanie nadal pozostaje oficjalnie tajemnicą – w tym momencie Garp odetchnął z wyraźną ulgą. Złożył ręce i spuścił nieco głowę. – Niestety, istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, iż grupa Midoriou zdobyła informacje o przetrzymywaniu w Głównej Bazie Aiwary.
Luffy! – szybko zwrócił na niego wzrok – Jesteś wart trzysta milionów, spełniasz wszystkie wymagania, pomóż mi i zostań Schichibukai!
Chłopak tym razem już nie mógł tak od tak odpowiedzieć na to pytanie. W głowie miał mętlik. Nadal nie mógł uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszał. Był piratem i miał w sobie piracką dumę. Co więcej darzył antysympatią Schichibukai, nie potrafił powiedzieć „tak”. Wszystko było ze sobą powiązane według zasady „jesteś z nami, lub przeciw nam”. Jego niezgoda, oznaczałaby solidaryzację z mordercami Shanksa, a tej myśli nie mógł znieść. Z drugiej strony, gdyby powiedział „tak”, czy mógłby się dalej nazywać piratem? Czy to nie przekreślałoby jego marzenia? Nie potrafił znaleźć odpowiedzi. Pytań i wątpliwości pojawiało się natomiast coraz więcej.
- A co będzie z moimi nakama? Oni też mogą zostać Schichibukai? – Jego mimika twarzy mówiła jasno, iż traktuje tę sprawę poważnie. Słowa natomiast były owinięte leciutko uczuciami troski i opiekuńczości.
- Wszystkich nie możemy uczynić Schichibukai. Ale Zoro się nadaje. To jednak wcale nie musi oznaczać waszego rozstania, możecie nadal stanowić jedną załogę tyle, że będziecie znajdowali się pod opieką Marynarki i będą na ciebie i Zoro nałożone obowiązki Schichibukai.
- Obowiązki? – Luffy zrobił minę zdradzającą, że nie bardzo rozumie, co dziadek ma na myśli.
- No… - chwilkę się zmieszał – od czasu do czasu będziesz dostawał misję zlecaną przez Światowy Rząd. To w niczym cię nie ograniczy. – Od razu zapewnił chłopaka wiedząc, że wnuczek bardzo lubi być niezależnym i wolnym. Niestosowna interpretacja słowa „obowiązek”, mogłaby przekreślić cały jego trud.
- Rozumiem…
Atmosfera była bardzo napięta. Dawała się odczuć już od samych drzwi prowadzących do kuchni. Nawet woń puszczonego przez Brooke'a bąka, nie mogła jej zakłócić. Garp widząc tak wielkie przejęcie postanowił ją totalnie rozładować.
- No to co wnusiu? – uśmiechnął się do chłopaka. – „Tak” czy „nie”? – mówiąc „nie” wyciągnął z kieszeni kajdanki.
- Co..?! Co to ma znaczyć?! – Luffy zdziwił się widząc nieciekawie wyglądający sprzęt dziadka.
- To? – spojrzał na kajdanki trzymane w ręce i się uśmiechnął po czym zrobił minę niewiniątka – Nic takiego, zwykłe środki ostrożności.
- Ty to nazywasz „środki ostrożności”?! – wydarł się Franky i Usopp, kompletnie zszokowani beztroską odpowiedzią wiceadmirała.
Garp tymczasem nie zmieniając wyrazu twarzy, mówił dalej, machając rezolutnie kajdankami na palcu.
- Jeśli „nie”, to przecież nie mogę pozwolić, by w tak trudnej sytuacji, w jakiej mój sztab został postawiony, pirat wart tyle kasy sobie swobodnie pływał po rządowych wodach.
- ON GO SZANTAŻUJE! – wykrzyczała męska ekipa załogi.
- No cóż – uśmiechnął się Garp od ucha do ucha – Nie przepadam za tym słowem, ale gramy w otwarte karty. Tak! To jest szantaż! Hahaha!
- I JESZCZE SIĘ PRZYZNAŁ!
- A wy co do cholery?! Parodię tu jakąś odstawiacie?! – Nami wymierzyła wszystkim szybko cios prawym, to lewym sierpowym i po chwili panowie leżeli na wznak, a z pięści młodej panny, unosił się lekki dym.
- Straszna… - Chopper ze łzami strachu w oczach schował się za Robin.
Luffy jednak był zbyt przejęty opowiadaniem i samą śmiercią Shanksa. Nawet się nie uśmiechnął. Podejmował się teraz arcytrudnego dla niego zadania i w pocie czoła wysilał swoje szare komórki do pracy. Nie dawał jednak tego po sobie poznać. Znów zabrał głos.
- A nie może być tak, że jestem z tobą, nie przyjmując tego tytułu?
- Nie – odparł twardo dziadek, stukając sobie palcami o blat stołu. Po chwili przestał i wstając z krzesła zapytał, ze swym nieodzownym uśmieszkiem.
- To co, zakuwamy?
- Nie...! – odskoczył jak poparzony. Już wiem! Daj mi pół dnia na zastanowienie się.
- Ile?! – Garp aż się podniósł uniesiony gniewem – Czy ty masz pojęcie ile to jest czasu?! Ty myślisz, że ja nie mam nic innego do roboty?! – złapał za koszulkę chłopaka.
- No, siedzisz tu sobie w najlepsze więc… - skwasił minę i odwrócił od niego twarz.
- Nie wyciągaj pochopnych wniosków! – wymierzył szybki cios pięścią w głowę chłopaka, aż ten wybałuszył oczy.
- Ale pro…pro…proszę zaczekać! – Usopp zebrał w sobie odwagę i trzęsąc się jak galareta, stanął po stronie kapitana. - To trudna decyzja, nie powinien pan – tu sobie przypomniał wcześniejszą rozmowę z Garpem i dodał – wiceadmirał, zmuszać go, by ją tak pochopnie podjął.
- Racja – odezwał się cichutkim głosem Choppi i schował znów za Robin.
- Ależ mogę, odpowiedź może być tylko jedna.
- Nieprawda! Zluzuj zawory i daj małemu czas – Franky walnął lekko dziadka jakby był jego dobrym kumplem.
- W końcu jest pan jego dziadkiem, czyż nie? – do wspólnego „ataku” dołączyła się również Nami.
Cóż było robić, takiej sile perswazji nie mógł się przeciwstawić. Na kobiece wdzięki też nie był obojętny. Zrobił maślane oczy i zaśmiał się pełną piersią.
- Hahahahaha. No niech wam będzie. I tak nie dostałem żadnych nowych rozkazów – znowu przesuwał rękę za głową i śmiał się dalej.
- Czyli jednak nic nie miał do roboty - załoga westchnęła spuszczając głowę na kwintę.
- A więc? – Grap zwrócił się w stronę Sanjiego – Co będzie na obiad?
- WON ZE STATKU! – wydarła się załoga.
- Właśnie! Twoja osoba rozprasza moją uwagę!
- Czy ty myślisz, że ja jestem naprawdę taki głupi? – to mówiąc podniósł się z krzesła. – Ja wrócę do siebie, a ty w długą i szukaj wiatru w polu!
- Genialne! – Luffy uderzył pięścią w otwartą dłoń. – Na to nie wpadłem.
Reakcja była natychmiastowa, wszystkim naraz grunt wyleciał spod nóg i wylądowali na podłodze.
- Ajajajaj… - pozbierał się z podłogi Garp. Tym to mnie rozbroiłeś. – Otrzepał się, poprawił sobie garnitur i znów spoczął – Tak więc, skoro już wiem co zamierzasz, tym bardziej nie mam zamiaru was, moi mili, opuszczać – jego uśmiech jasno wskazywał, że opór jest daremny. – Tak więc? Co szef kuchni przewiduje na obiad?
- Sztuka sarniego mięsa, a na deser, ciasto waniliowe Mesie.
- Pychaaa! – Luffy’emu już na samą myśl gęsto mu pociekła ślina. Zupełnie zapomniał o „propozycji” dziadka.
- To nie czas, żeby myśleć teraz żołądkiem Luffy! – Usopp pokiwał palcem przed zaśliniona twarzą kapitana.
- Odpowiada Mesie? – spytał nonszalandzko Sanji.
Nie uzyskał jednak odpowiedzi. Jak to zwykle bywa, Garp właśnie udał się do krainy marzeń.
- Ej, dziadek, co jest? – popukał go lekko palcem Luffy. Hej…! – Już miał mu wymierzyć cios, gdy w porę powstrzymał go Usopp:
- Co robisz, idioto?! Dziad walnął w kimono!
- No wiem, dlatego właśnie chciałem go… - znów przymierzył się do ataku, jednak tym razem pohamowała go moc Robin.
- Panie Luffy – wtrącił z pełną kulturą Brook – Czyż nie uważasz, że to dobry moment, by wycofać się na z góry określone pozycje?
- Właśnie, damy dyla i po problemie! – Cyborg przełożył na chłopski wypowiedź kościotrupa.
- Franky – Nami przejęła w tej chwili rolę kapitana – natychmiast przygotuj Coup de Burst do wystrzału. Usopp idź mu pomóc.
- Już się robi szefowo! – Franky i Usopp po chwili znikli jej z oczu.
- A co zrobimy z tym starszym panem? – zapytała delikatnie Robin, widząc, iż Chopper chciałby to powiedzieć, ale strach wziął nad nim górę.
- Jak to co? – zabrał głos dotąd niezbyt udzielający się w dyskusji Zoro – Damy mu kopa i z głowy.
- Racja! – przyklasnęła w dłonie uradowana Nami.
- Okrutne… - zwierzątko wycedziło zza nóg pięknej pani archeolog.
- Ależ doktorze – Robin pochyliła się w jego stronę - w ten sposób kupimy sobie trochę cennego czasu – uśmiechnęła się do niego, nieco uspokajając jego skołatane serce.
- Dokładnie! Już nas nie dogoni! Wy to macie łeb – kapitan pochwalił swych przyjaciół. – Dobra ludziska! Rozpoczynamy akcję „pozbyć się dziada”!
Nami skrzywiła brwi i wycedziła przez zęby:
- Drzyj się bardziej, to go zaraz obudzisz.

Nie minęła chwila, a wszystko już było przygotowane.
- Zrobione! W każdej chwili można odpalać! – zameldował Franky.
- No to już! – Kapitan dał sygnał do wystrzału.
- Dobra. Uwaga. Coup de Burst!
- Nara – Zoro wymierzył kopniaka w pośladki Garpa dosłownie w tej samej chwili, co statek oderwał się z powierzchni wody.
- Załogo, kurs na Wasure! – Luffy entuzjastycznie zawołał.
- Aje kapitanie!

Garp wpadłszy do wody natychmiast się obudził i szybko zdał sobie sprawę co nastąpiło.
- Cholera!
Minęło kilka minut, darcia się w niebogłosy aż wreszcie podwładni zauważyli swojego przełożonego w wodzie. ( A to za sprawą rozgrywanego w kajucie pokera, jak kota nie ma itd.)
Garp cały mokry nareszcie dostał się na pokład.
- A niech to szlag trafi! Zwiali mi!
- Wiceadmirale!
- Czego?!
- Ja… ja tylko… chciałem zauważyć, że ma pan wsuniętą do kieszeni dziwną karteczkę.
- Co? – Garp wsunął rękę do kieszeni na piersi, wyciągnął kartkę i zaczął czytać:
Dzięki za wspaniały pomysł dziadku. Nie gniewaj się. To wcale nie znaczy, ze jesteśmy przeciwko tobie, ale chcę mieć trochę więcej czasu na podjęcie decyzji. Trzymaj się. Nara.
Garpa ogarnęła jedna jedyna myśl:
Jak ja to wytłumaczę Sengoku? Przysnęło mi się? Nici z kolejnej herbatki…
- Rozkazy?
- Kurs Na Marienoie – machnął zrezygnowany ręką.
- Tak jest!

Tymczasem, na wyspę, na którą zmierzała już załoga Luffy’ego, został wysłany z tajną misją Kapitan Smoker. Ku jego niezadowoleniu podczas tej podróży towarzyszy mu piękna dobrze znana mu kobieta. Oczywiście, by nie wzbudzać podejrzeń, jest tam bez swojego oddziału. Dowództwo skrzętnie się też postarało, by zataić wszelkie powiązania z Marynarką.
Smoker, szedł elegancko ubrany. Czarny garnitur i muszka, oraz mała laseczka. Wyglądał jak stuprocentowy arystokrata. Hina natomiast w pięknej niebiesko-seledynowej sukni i nieodzowną wśród arystokratycznych kobiet niewielką błękitno-białą parasoleczką oraz obowiązkowo śnieżnobiałe rękawiczki.
- No i jak ja do cholery wyglądam! –wściekał się idąc ulicą. – I do tego ten Sengoku jego mać, zabronił mi palić moje ukochane cygarka! – z zawisłości aż zacisnął zęby - Jakim prawem się pytam?!
- Spokojnie kochanie. Proszę, nie zwracaj tak na siebie uwagi – oparła głowę na jego ramieniu.
- Hina! Ty mi się tutaj tak nie wczuwaj. Wiem, jakie były rozkazy, ale są pewne granice!
- Kochanie, przecież mamy udawać zakochaną parę – uśmiechnęła się słodko. Najwidoczniej nowe zadanie bardzo przypadło jej do gustu.
- Niech będzie. Ciebie jakoś zniosę, ale nie to, że nie wolno mi zapalić!
- Wszyscy wiedzą, że wielki kapitan Smoker, postrach piratów, zawsze pali i nie przywiązuje uwagi do kontaktu z kobietami. Nie dziw się więc, że dowództwo obmyśliło taki plan. Jeśli będziemy udawać parę, a ty nie będziesz palił, nikt się nie połapie, kim jesteśmy.
- Ale…
- Żadnego ale. Dla ciebie cygaro to taki samo jak dla faraona jego boska laska – mocniej się przytuliła i wyszeptała słodkim głosem wprost do jego ucha ko-cha-nie.
- Za dużo sobie pozwalasz – odparł lekko zmieszany śmiałym zachowaniem kobiety.
- Im więcej, tym jesteśmy wiarygodniejsi - uśmiechnęła się.
- Do diabła z kobiecą logiką – mruknął, starając się by słowa nie dotarły do jej uszu.
- Mówiłeś coś skarbie?
Smoker miał wyraźnie już dość tej całej farsy. Najchętniej by ją zostawił samą sobie, ale wiedział, że wtedy odbyte już dwie godziny pobytu na tej wyspie Bez jednego cygara, szlag jasny trafi.
- Tylko to, że lepiej byłoby żebyś zajęła się naszym zadaniem. Im szybciej tu skończymy, tym szybciej ja zapalę. Nie mogę się także doczekać tych sławnych cygar, co to mi je Sengoku dodatkowo obiecał.
- Wszystko jasne! Ja cię w ogóle nie obchodzę!
Smoker już chciał powiedzieć „ Oszalałaś! Nie rób mi tu scen!”, ale zobaczył, ze opinia publiczna zaczęła się nimi interesować, więc postanowił zdobyć się na największe w jego życiu poświęcenie.
- Ależ, kochanie – przytulił ją do siebie, choć najchętniej by ją odepchnął – Ja tylko żartowałem. Nic mnie tak nie uszczęśliwia – w tym momencie przerwał, samemu nie mogąc uwierzyć w słowa, jakie miał za chwilę wypowiedzieć – jak spacer z moją różyczką – choć starał się z całych sił, końcówka miała lekko sarkastyczny wydźwięk. Kobieta jednak nie zwróciła na to uwagi, za bardzo przejęła się pieszczotliwymi słowami mężczyzny. Smoker sobie pomyślał:
Boże, co ja ci takiego uczyniłem, że mi taką cholerę na łeb zrzuciłeś? Że ja muszę się z taką babą użerać… To już ta beznadziejna Tashigi byłaby lepsza. A tak, muszę znosić jej zachcianki i sypać słówkami, które ledwo mi przez gardło przechodzą. Niech te cygara lepiej będą tego warte.

Tymczasem na Kuzan robiło się coraz goręcej. Enel przejął władzę nad Impel Down. Utworzył specjalną grupę „ Grzmot” składającą się z pięciu osób, którzy powołując się na swój honor wojownika, zaprzysięgli mu bezgraniczną lojalność. W skład tej grupy weszli sami piraci, których głowy były warte powyżej trzystu milionów. Wyjątek stanowił Koshinuke, który bardzo nalegał na przyjęcie do osobistej gwardii samego boga. Musiał wpierw jednak zaprezentować swe umiejętności przed resztą i samym jej szefem - Enelem. Cała gwardia z powierzonym przez samego boga zadaniem, wyruszyła, zostawiając go samego na placu boju, bowiem Akainu, Enel chciał się zająć osobiście. A wszystko wskazywało na to, że będzie miał ku temu rychłą sposobność, gdyż admirał z każdą chwilą był coraz bliżej. Enel, wypuścił też wszystkich przetrzymywanych piratów, by zwerbowali kogo się da na „wielką wojnę”, którą szykował dla Światowego Rządu. Rozpierzchli się we wszystkie możliwe strony. Niektórzy z nich mieli pecha. Wybrali bowiem feralny kierunek, czyli ten, który obrał sam Akainu. Konfrontacja przebiegła znacznie szybciej niż, piraci to zakładali. Za jednego z nich nagroda wynosi ponad czterysta milionów, więc ów pirat, aż się chciał zmierzyć z sławnym admirałem. Nie było mu to jednak dane. Tylko wrogi statek znalazł się w polu widzenia Akainu, a natychmiast ulegał zniszczeniu, a cała załoga wpadała w morską otchłań. Piraci, choć potężni, posiadający niesamowite diabelskiej zdolności, byli bezsilni w starciu z wodą i tonęli jeden po drugim. Admirał, nawet się przy tym nie zatrzymywał i niestrudzenie zmierzał wprost na Kuzan. Enel doskonale zdawał sobie sprawę, że zaraz przyjdzie mu się zmierzyć z jednym z najpotężniejszych ludzi na świecie. Ale zupełnie się tym nie przejmował. Kierował się prostą jak drut logiką: skoro już jeden się pojawił odporny na błyskawice, to jaka jest szansa, że pojawi się taki drugi? Widząc w oddali niewyraźny zarys ogromnego statku admirała, postanowił już się odpowiednio ulokować na placu boju. Znalazł wysuniętą skarpę odległą od brzegu o dwieście metrów. To właśnie na niej postanowił, stojąc dumnie niczym pan i władca poczekać na swojego przeciwnika. Już wyraźnie było widać znak Marynarki na żaglach, statek właśnie przybijał do brzegu. Choć podwładni aż palili się do działania, Akaninu kazał im zostać i sam zeskoczył na piaszczystą plażę. Enel sprezentował mu jednak odpowiednie powitanie, co by Akainu nie nudziło się po drodze. Miało to też i inny konkretniejszy cel: obniżyć morale przeciwnika. Podwładni boga, porozrzucali na plaży stertę pozabijanych przez niego jak i innych piratów marines, którzy tu stacjonowali. Mało tego, aby wrażenie było lepsze, urządził zabawę swym ludziom i na drodze prowadzącej do Enela zmasakrowano przeszło cztery tuziny marines. Ciała były wypalone, pozbawione w znacznej ilości skóry, porozrywane bestialsko toporem, wnętrzności otoczone we krwi wszędzie porozrzucane i cała masa czerwonej substancji, w którą obficie ociekały nie tylko trupy, ale i sam piasek. Choć widok delikatnie mówiąc był nieszczególny, na twarzy admirała nie malowały się żadne emocje. Wcale to jednak nie znaczyło, że w ogóle nie przejął się bestialstwem i mordem innych marines, ale wiedział, że emocje, a zwłaszcza te gwałtowne, mogą go szybko doprowadzić do tego samego końca, co tych marines, lezących teraz w gęstych kałużach krwi. Daleko mu jednak było do Luffy’ego. Trupy te traktował raczej obojętnie, na zasadzie „ Jeśli jesteś silny żyjesz, a jeśli słaby giń”. Szedł w stronę przeciwnika równym krokiem. Pełne opanowanie. Enel sobie pomyślał:
Nie wydaje się być zbyt przejętym widokiem swych nieżyjących koleżków. Twardy jest. Zobaczymy co powie na to.
Akainu minął już więcej jak pół drogi, gdy poczuł dziwne, nie dające mu spokoju uczucie i z przerażeniem odwrócił głowę za siebie. W jednej chwili w statek z jego oddziałem uderzyła ogromna szeroka na dwadzieścia metrów błyskawica. Śmierć znajdujących się na pokładzie marines była natychmiastowa. Po sekundzie, zostały już tylko płonące zgliszcza, a po ciałach nie pozostał ani jeden ślad. Na twarzy admirała pojawiły się krople potu. Zacisnął zęby, tym razem z trudem już ukrywając emocje. Podszedł do samego Enela, znajdując się tym sposobem mniej więcej dziesięć metrów od niego.
- Jesteś użytkownikiem Logi? – zapytał obrzucając chłodnym spojrzeniem oponenta.
- Nie, ja jestem Bogiem! – uniósł wysoko głowę i zaśmiał się złowrogo.
- Na świecie nie ma czegoś takiego. Jesteś zwykłą szumowiną, która posiadła diabelską moc.
Enelowi nie spodobała się ta odpowiedź.
- Twoje pieprzenie jest daremne. Za te bluźnierstwa dosięgnie cię zaraz kara boska! Zginiesz tu i teraz!
- Nie będę się tobą śmieciu cackał, gotuj się na śmierć!

Ciąg dalszy nastąpi.
 



Dyktanda i zabawy ortograficzne klasa
Dyktanda i zabawy ortograficzne klasa 4
DYKTANDA I ZABAWY ORTOGRAFICZNE 1
Dyktanda i zabawy ortograficzne 4 5 6
działania ogniw paliwowych
dzialalnosc gospodarcza jaka
Dyskografia Hilary Duff
dzem zyciu piekne sa tylko chwile
dzenie ministra pracy i polityki spoĺ
Dywersyfikacja ryzyka na
dział spadku i zniesienia współwłasności
dzem sen o
Dysk Western Digital Scorpio
dysk wd caviar 400gb sata
Dywaniki łazienkowe komplet
  • bmw napakowane dresami
  • tapety hooligans
  • va moja skladanka tylko we dwoje vol 9 2cd 2008
  • szczyrk stoki narciarskie
  • antywirusy wersja polska
  • Gol pro svicari idd 74737757
  • faB3d;bB3ony;maziowej;mr
  • grindhouse death proof
  • rusztowania sprzedaz
  • ouzerie eleni
  • jak rozpozna uoenie dziecka w brzuchu
  • beitan aharon